Lena, Filip i Zosia odnajdują w piwnicy stary kufer z kluczem i tajemniczą wiadomością. Gdy otwierają ukryte drzwi, trafiają do obcego świata pełnego znaków, których nie rozumieją.
Był deszczowy wtorek, kiedy Lena postanowiła zejść z Filipem i Zosią do najstarszej części domu babci. Od dawna krążyły o niej dziwne historie: że w piwnicy słychać kroki bez właściciela, że ściany pamiętają więcej, niż powinny, i że czegoś lepiej tam nie ruszać.
Schody jęknęły pod ich stopami. W piwnicy panował chłód, a przez małe okienko wpadał tylko wąski pasek bladego światła. Właśnie w nim stał kufer, ciężki, ciemny, obity popękaną skórą. Na wieku osiadł gruby pył.
— Myślisz, że ktoś go tu naprawdę zostawił? — szepnęła Zosia, nie odrywając od niego wzroku.
Lena przesunęła palcami po metalowym okuciu.
— Babcia mówiła, że przywiózł go pradziadek z dalekiej podróży. I że nie wolno go otwierać.
Filip już przykucnął przy zamku.
— To brzmi jak dokładny powód, żeby go otworzyć.
Wieko ustąpiło z cichym, długim skrzypnięciem. W środku nie było żadnych ubrań ani starych pamiątek. Leżał tam tylko klucz, chłodny i ciężki, oraz pożółkła kartka z narysowanymi drzwiami. Pod rysunkiem ktoś starannie napisał: „Otwórz wtedy, gdy usłyszysz szept”.
W tej samej chwili przez piwnicę przetoczył się ledwo słyszalny szmer. Nie z ulicy. Nie z domu. Jakby ktoś mówił tuż obok nich, ale za cienką ścianą, której nie dało się zobaczyć.
Lena odwróciła się gwałtownie. Po drugiej stronie pomieszczenia, tam, gdzie przed chwilą była tylko goła ściana, majaczyły teraz wąskie drzwi z ciemnego drewna. Nie pamiętała ich. Nie widziała ich nigdy wcześniej.
— Widzicie to? — spytała, a głos ugrzązł jej w gardle.
Nie czekając na odpowiedź, wsunęła klucz do zamka.
Drzwi otworzyły się nagle, jakby od dawna tylko czekały. Uderzył ich lodowaty podmuch, pachnący mokrą ziemią i czymś jeszcze, obcym, metalicznym. Trójka przyjaciół straciła grunt pod nogami i w jednej chwili wpadła w jasność tak dziwną, że aż bolesną.
Kiedy znowu stanęli na ziemi, wokół nich rosły drzewa o liściach z przezroczystego szkła. Rzeka płynęła pod górę, a na srebrnym piasku odciskały się ślady ogromnych łap, prowadzące między wysokie skały.
— Gdzie my jesteśmy? — wyszeptał Filip.
Nikt nie zdążył odpowiedzieć. Za zakręconym pniem coś poruszyło się bardzo powoli. Cień wysunął się z mroku i zatrzymał tuż przed nimi, a potem rozległo się ciche, melodyjne mruczenie, jakby obcy świat właśnie ich rozpoznał.