Przejście przez Iridę

Czwórka przyjaciół z Iridy odkrywa ukryty portal pod ruinami fabryki i trafia na granicę innego świata, który od pierwszej chwili wydaje się zbyt piękny, by był bezpieczny.

Słońce chowało się za linią lasu i rozlewało po Iridzie bursztynowe światło. W takim zmierzchu nawet znajome uliczki wyglądały obco: cichsze, węższe, jakby ktoś przyciszył całe miasteczko jednym ruchem ręki. Siedzieliśmy na dachu starej hali sportowej obok szkoły, we czwórkę - ja, Lena, Wojtek i Igor - i patrzyliśmy, jak dzień powoli gaśnie nad dachami.

Irida zawsze działała na nas tak samo. Niby nic tu się nie działo, a jednak każdy tydzień wyglądał jak poprzedni, aż człowiek zaczynał podejrzewać, że sam utknął w pętli. Właśnie dlatego słuchaliśmy Wojtka, kiedy wspomniał o starych fundamentach pod lasem.

Mówił to niby mimochodem, ale widziałem po jego twarzy, że nie żartuje. Lena od razu zmrużyła oczy.

Wojtek wzruszył ramionami. - Bo dopiero teraz jestem pewien, że to nie była zwykła dziura w ziemi.

Igor parsknął cicho. Zawsze wyglądał, jakby miał gotową odpowiedź na wszystko, nawet jeśli nie miał pojęcia, z czym ma do czynienia.

Lena uśmiechnęła się krzywo. - To w sobotę.

Wymknęliśmy się z domu wcześnie rano, zanim miasto na dobre się obudziło. Ścieżka prowadząca pod las była zawalona gałęziami i mokrą od rosy trawą. Z każdą minutą robiło się duszniej, jakby powietrze gęstniało razem z naszym niepokojem. W końcu dotarliśmy do ruin dawnej fabryki, schowanych za zdziczałym ogrodzeniem i kępami pokrzyw.

Wojtek nie przesadzał. Pośrodku zarośniętej betonowej płyty leżał krąg kamieni ułożonych w zbyt regularny wzór, by mógł być przypadkowy. Geometryczna mozaika przecinała szary beton jak znak pozostawiony przez kogoś, kto wiedział dokładnie, co robi.

Lena pierwsza przykucnęła obok. Przejechała palcami po chłodnej powierzchni, a potem zesztywniała.

Nie dokończyła. Spod kamieni błysnęło niebieskie światło, ostre i nagłe, jakby coś obudziło się pod ziemią. Odruchowo cofnęliśmy się wszyscy naraz. Kamienne kręgi zadrżały, po chwili zaczęły się rozsuwać, a w środku otworzyła się ciemna szczelina. Z niej wypłynął blask pulsujący barwami, których nie umiałem nazwać.

Igor wyciągnął telefon, ale ekran rozdarł się w wirze kolorowych linii i zgasł z cichym trzaskiem.

Z otworu wiało chłodnym, czystym powietrzem, pachnącym czymś obcym - jak deszcz na rozgrzanym kamieniu i metal, którego dopiero co dotknął prąd. Nikt się nie ruszał. Nawet Wojtek, zwykle pierwszy do ryzyka, wpatrywał się w portal z miną kogoś, kto właśnie stracił pewność, czy naprawdę chce wiedzieć więcej.

A potem z wnętrza rozległ się głos.

Wojtek.

Tyle że nie stał już obok nas. Jego głos, stłumiony i dziwnie odległy, odbił się echem od światła.

Spojrzeliśmy po sobie. W błękitnym świetle portal pulsował coraz mocniej, jakby czekał.

I wtedy zrobiłem krok do przodu.