Siedemnastoletnia Lena trafia do laboratorium babci i uruchamia Projekt SYNAPSA. Za błękitnym przejściem czeka świat zbudowany z pamięci, snów i cudzych lęków.
Lena zawsze czuła się jak ktoś nie do końca pasujący do reszty, a w liceum tylko trudniej było to ukryć. Nie chodziło nawet o oceny, bo z nauką radziła sobie świetnie. Problem był gdzie indziej: w spojrzeniach, półuśmiechach i tym szczególnym milczeniu, które zapadało, kiedy w klasie zbyt łatwo odpowiadała na pytania. Po babci, słynnej neurobiolożce, odziedziczyła nie tylko nazwisko w rodzinnych opowieściach, ale też upór i ciekawość, których nikt w domu nie umiał jej wyłączyć.
Kiedy rodzice oznajmili, że ma spędzić kilka tygodni u babci na przedmieściach, przyjęła to jak wyrok. Spodziewała się ciszy, kurzu i długich wieczorów z książką. Tymczasem dom od pierwszego dnia sprawiał wrażenie, jakby coś w nim jeszcze nie zasnęło. W szafach stały pudełka opisane drobnym pismem, na parapetach rdzewiały dziwne metalowe elementy, a w kuchni obok filiżanek leżały szkice, których nikt nie próbował porządkować. Najbardziej przyciągało ją jednak zamknięte od lat laboratorium na poddaszu. Drzwi nie były nawet porządnie zasunięte, jakby ktoś kiedyś liczył, że ktoś jeszcze tam wróci.
Tego popołudnia Lena szukała w domu ulubionej powieści babci, ale zamiast niej trafiła właśnie na poddasze. Witrażowe okna łapały późne światło i rozbijały je na plamy zieleni, bursztynu i granatu. Wśród kabli, zeszytów i szklanych pojemników zauważyła notatnik pokryty grubą warstwą kurzu. Na okładce widniał napis: „Projekt SYNAPSA”.
Otworzyła go ostrożnie. Na pierwszych stronach były schematy połączeń, zapiski o impulsach, opóźnieniach i czymś, co przypominało mapę reakcji mózgu. Dalej pojawiały się coraz mniej zrozumiałe symbole, aż w końcu natrafiła na rysunek bramy otoczonej błękitną poświatą. Pod spodem babcine pismo drżało wyraźniej niż gdziekolwiek indziej: jeśli przejście się obudzi, nie wchodź sama.
Lena uniosła wzrok. Właśnie wtedy zauważyła pod starym dywanem metalową płytę, której wcześniej nie było widać. Nacisnęła ją tylko po to, żeby sprawdzić, czy to nie kolejny martwy mechanizm. Płyta ustąpiła z miękkim kliknięciem. Pod spodem ukazał się panel z rzędem przycisków i cienką, pulsującą linią niebieskiego światła.
Powinna się cofnąć. Zamiast tego wpisała datę urodzenia babci.
Najpierw rozległ się niski szum, potem całe poddasze zadrżało. Światło z witraży wystrzeliło w górę, ściany rozpadły się na drgające fragmenty barw, a Lena miała wrażenie, że ktoś chwyta jej myśli i rozciąga je jak cienki drut. Zanim zdążyła krzyknąć, podłoga zniknęła pod jej stopami.
Spadała przez tunel z błękitnego blasku, po czym nagle ucichło wszystko.
Gdy odzyskała świadomość, nie leżała już na poddaszu. Unosiła się w przestrzeni, która nie miała horyzontu. Dookoła dryfowały wyspy złożone z urywków wspomnień, obrazów i rzeczy, których nie dało się nazwać. Jedna przypominała szkolny korytarz zalany wodą. Inna pachniała dzieciństwem i spalenizną. Jeszcze inna była tylko cieniem pokoju, w którym ktoś czegoś rozpaczliwie szukał. Wszystko wyglądało jak sen, który zbyt dobrze zna zasady gry.
Kilka kroków dalej stała babcia.
Nie ta z ostatnich lat, pochylona i ostrożna, tylko młoda, wyprostowana, z włosami spiętymi niedbale i spojrzeniem zbyt pewnym jak na kogoś, kto powinien istnieć wyłącznie na fotografii. Uśmiechnęła się krótko, jakby spodziewała się Leny od dawna, i skinęła jej głową, żeby poszła za nią w głąb rozświetlonej mgły.
Lena ruszyła o krok, serce biło jej tak mocno, że aż bolało. Wtedy usłyszała za plecami obcy odgłos, cięższy niż echo, zbyt regularny, żeby należeć do samej przestrzeni. Z najbliższej wyspy wynurzyła się sylwetka, najpierw tylko zarys, potem twarz i dłonie. Ktoś tu był pierwszy.
I patrzył prosto na nią.