Przejście przez Szkarłatny Portal

W pustym mieszkaniu Ewy pojawia się klucz i portal, który otwiera drogę do obcego świata. Za bramą czeka ktoś, kto zna jej imię.

Ewa od lat żyła tak, jakby nic nie miało prawa jej zaskoczyć. Stare mieszkanie w kamienicy na przedmieściach znało jej kroki, oddech i ciszę między jedną wskazówką zegara a drugą. Tego wieczoru cisza pękła jednak pierwsza.

Za oknami szalała burza. Wiatr tłukł w szyby, lampy mrugały niepewnie, aż w końcu salon pogrążył się w półmroku. Ewa sięgnęła po telefon, kiedy coś zaszeleściło nad jej głową. Podniosła wzrok i zastygła. Z sufitu zwisała cienka, srebrna nić, a na jej końcu kołysał się mały złoty klucz, jakby ktoś zawiesił go tam przed chwilą.

Nie słyszała żadnego trzasku, żadnego kroku, żadnego znaku, który tłumaczyłby jego obecność. A jednak klucz był prawdziwy. Chłodny. Ciężki. Kiedy zamknęła go w dłoni, przez mieszkanie przebiegł krótki dreszcz, jakby powietrze nagle napięło się do granic wytrzymałości.

Światło zgasło całkiem.

Wtedy przy regale z książkami zapaliła się cienka smuga czerwieni. Nie przypominała blasku lampy ani odbicia błyskawicy. Rosła powoli, rozciągała się w pionie, aż wreszcie rozwarła się przed nią w wirującą bramę z mgły, iskier i głębokiego, pulsującego światła. Z wnętrza dobiegł ją szept wielu głosów naraz. Jeden z nich był tak bliski, jakby ktoś stał tuż przy jej uchu i wypowiadał jej imię z dziwną pewnością.

Ewa cofnęła się o krok, ale podłoga pod stopami lekko zadrżała. Poczuła w gardle ostry zapach ozonu i czegoś jeszcze, metalicznego, obcego, jak po burzy, która dopiero miała nadejść. Portal czekał. Nie atakował. Nie przyciągał siłą. To było gorsze: zapraszał.

Przełknęła ślinę, ścisnęła klucz mocniej i zrobiła krok do przodu.

Za bramą nie było nocy ani miasta, ani jej starej kamienicy. Rozciągało się nad nią niebo rozjarzone szkarłatem i złotem, tak niskie i ciężkie, że wydawało się niemal dotykać czoła. W powietrzu unosiły się ogromne wyspy, jak odwrócone miasta zawieszone bez żadnego podparcia. Między nimi przemykały świetliste ptaki o skrzydłach cienkich jak szkło, zostawiając po sobie smugi światła.

Ewa odwróciła się odruchowo, szukając drogi powrotnej. Zamiast jej mieszkania zobaczyła kolejne portale, rozwarte w powietrzu jak rany z kolorowego światła. Każdy pulsował innym odcieniem, każdy wyglądał jak obietnica i groźba jednocześnie.

Na skraju jednej z unoszących się platform stała wysoka postać w pelerynie z gwiezdnego pyłu. Nie poruszała się. Czekała. Gdy Ewa uniosła wzrok, postać odwróciła głowę dokładnie w jej stronę.

"Wreszcie" - powiedział głos, głęboki i spokojny, a jednak zbyt dobrze słyszalny w tym obcym świecie. "Teraz musisz wybrać."

Ewa otworzyła usta, lecz w tej samej chwili jeden ze szkarłatnych portali za jej plecami drgnął gwałtownie, jakby coś właśnie próbowało przejść na drugą stronę.