Lena i Filip odkrywają ukryty portal w opuszczonej serwerowni starej biblioteki. Po drugiej stronie czeka świat ze szkła, odwróconego czasu i bramą, która zdaje się ich rozpoznawać.
Czerwcowe słońce odbijało się w szklanych taflach bibliotecznych okien tak ostro, że aż bolały od nich oczy. Lena od rana krążyła po starym gmachu przy ulicy Matemblewskiej, przeciągając palcami po grzbietach książek, jakby szukała w nich ukrytego tropu. Biblioteka miała zostać zamknięta na dobre, a dla niej to miejsce było ostatnią mapą do rzeczy, których nikt już nie pamiętał.
Filip czekał przy schodach, z plecakiem zsuniętym z jednego ramienia i miną kogoś, kto żałuje, że dał się wciągnąć w kolejną z Leninych obsesji. Tylko on wiedział o zapomnianym skrzydle za regałem z dramatami i o nadpalonym kluczu, który Lena znalazła w wąskiej niszy pod parapetem. Drzwi ustąpiły z jękiem, jakby nie były otwierane od lat.
W piwnicy uderzył ich chłód. Serwerownia wyglądała jak wnętrze dawno wyłączonej maszyny: ciemne szafy, plątanina kabli, martwe diody. Tyle że pośrodku pomieszczenia stała ogromna szklana kula, podparta metalowymi obręczami wygiętymi w zodiakalne znaki. W jej wnętrzu coś migotało, jakby zamknięto tam kawałek nocnego nieba.
— To nie jest zwykły sprzęt — szepnął Filip.
Lena nie odpowiedziała. Zrobiła krok bliżej, bo ciekawość zawsze była silniejsza od rozsądku. Palcami musnęła jedną z obręczy. Powietrze natychmiast zgęstniało, zafalowało jej przed oczami, a świat pękł w białym błysku.
Gdy odzyskali oddech, nie było już piwnicy.
Stali na szerokim placu wyłożonym jasnym kamieniem. Nad nimi wyrastały spiralne wieże ze szkła, barwione na fiołek, bursztyn i głęboki błękit. Wysoko w powietrzu krążyły świetliste ptaki, zostawiając za sobą smugi, które znikały dopiero po chwili, jakby czas w tym miejscu działał z opóźnieniem. Lena odruchowo cofnęła się o pół kroku.
— Gdzie my jesteśmy? — Filip mówił ciszej niż zwykle.
— W miejscu, którego nie powinno być — odparła, czując, że jej własny głos brzmi obco.
Przez plac przeszła grupa ludzi w maskach. Każda z nich przypominała inny znak zodiaku: rogi, skrzydła, półksiężyce, złote linie układające się w obce symbole. Nie patrzyli na nich jak na zagubionych intruzów. Patrzyli tak, jakby rozpoznali ich od pierwszej sekundy.
Najwyższa postać, w masce lwa, zatrzymała się tuż obok. Dłoń miała chłodną i pewną, kiedy musnęła ramię Leny. Inny, w błękitnym płaszczu usianym spiralami, wskazał koniec placu. Tam stała brama z matowego szkła, a nad nią obracał się znak podobny do zegara. Wskazówki poruszały się w przeciwną stronę.
Lena poczuła, jak serce zaczyna walić jej w piersi. Wokół placu wszystko nagle ucichło, jakby miasto wstrzymało oddech. Filip ścisnął jej dłoń mocniej.
— To chyba do nas — powiedział.
Ruszyli w stronę bramy. Kiedy byli już kilka kroków od niej, zegar zatrzymał się z suchym kliknięciem. Szklane wieże odpowiedziały cichym drżeniem, a nad ich głowami zapłonęła nowa konstelacja, układając się dokładnie nad przejściem.
I wtedy Lena zrozumiała, że to miejsce nie tylko ich obserwuje.
Ono ich oczekiwało.