Patryk, Lena i Igor wchodzą do starego tunelu kolejowego w Białych Kamieniach. Za zardzewiałymi drzwiami czeka coś, co nie powinno istnieć.
Od kiedy zamknięto starą bocznicę kolejową w Białych Kamieniach, Patryk, Lena i Igor mieli swoje miejsce, do którego nikt inny nie zaglądał. Torowisko zarosło wysoką trawą, wagony stały jak porzucone szkielety, a stary tunel pod wzgórzem przyciągał ich bardziej niż cokolwiek w miasteczku. Dorośli mówili o nim półgłosem, jakby sama nazwa mogła sprowadzić kłopoty.
Patryk uważał to za głupoty. Lena słuchała z udawaną obojętnością, ale zawsze zerkała w stronę ciemnego wejścia. Igor był ostrożniejszy od nich obu i właśnie dlatego zwykle kończył jako pierwszy przed wejściem, choć udawał, że to przypadek.
Tego popołudnia Lena przyszła na tory z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię.
Wyjęła z kieszeni ciężką, zardzewiałą klamkę. Metal był zimny i szorstki, jakby leżał w ziemi dłużej, niż ktokolwiek z nich potrafiłby sobie wyobrazić.
Igor spojrzał na nią z niedowierzaniem.
To nie jest normalne.
Właśnie dlatego idziemy sprawdzić - odbił Patryk i zanim Lena zdążyła odpowiedzieć, już ruszał w stronę tunelu.
W środku uderzył ich zapach wilgoci, rdzy i starego kamienia. Latarka Leny rozcinała ciemność cienkim, drżącym pasem światła. Graffiti na ścianach znikało po kilku krokach, a potem mury stawały się gładkie, chłodne i zbyt równe, jakby tunel nie był wykuty ludzką ręką, tylko wyłaniał się prosto z nocy.
Po chwili Patryk zatrzymał się tak gwałtownie, że Igor wpadł na jego ramię.
Przed nimi, nisko osadzone w ścianie, stały drzwi.
Były masywne, ciemne i całe pokryte rdzą. Na metalu widniał wyblakły, nieznany napis, który nie przypominał żadnego języka, jaki znali. Pod drzwiami leżał cienki pasek pyłu, nienaruszony, jakby nikt nie przechodził tędy od setek lat.
Lena uniosła klamkę.
Klamka wsunęła się w zamek idealnie.
Przez chwilę wszyscy troje tylko patrzyli na siebie. Potem Lena przekręciła metal z cichym, chropawym oporem.
Coś zgrzytnęło głęboko w ścianie.
Powietrze natychmiast stało się lodowate. Latarka zamigotała, a cień za ich plecami wydłużył się tak bardzo, że Patryk odruchowo odwrócił głowę. Tunel, którym przyszli, zdawał się już nie kończyć, tylko rozlewać w czarną pustkę.
Drzwi drgnęły.
Najpierw o kilka milimetrów, potem szerzej. Z wnętrza sączyło się blade światło, tak nierzeczywiste, że ściany tunelu przy nim wyglądały jak mokry papier. Na ziemi pod ich stopami zaczęły pulsować cienkie, obce znaki, jakby ktoś rozżarzył je od środka.
Z drugiej strony dobiegł szept.
Nie jeden, lecz wiele głosów naraz, nakładających się na siebie w języku, którego żadne z nich nie znało, a mimo to każdy zrozumiał jedno: ktoś czekał.
Lena cofnęła rękę od klamki, lecz drzwi same otworzyły się szerzej.
Z wnęki wypłynęła mgła, a w niej zarysowały się kształty miejsc, których nie powinno tu być: wieże jaśniejące w ciemności, pochylone mosty i coś jeszcze, poruszającego się tuż za zasłoną białego dymu.