Amelia i Leon wchodzą do Zasnutego Lasu, gdzie mgła żyje własnym rytmem, a pod mchami kryje się coś, czego nie powinno tu być. Po drugiej stronie czeka ktoś, kto zna ich cel.
Amelia zatrzymała się na skraju Zasnutego Lasu i objęła się ramionami, jakby mogła w ten sposób odgrodzić się od chłodu, który wypływał spomiędzy drzew. Nad ciemnymi koronami wisiała srebrna mgła, gęsta i ruchliwa, ciężka od wilgoci. Nie spływała po gałęziach jak zwykła para. Wydawało się, że oddycha.
Leon rzucił jej krzywy uśmiech, zbyt lekki jak na miejsce, w którym stali.
– Jeśli zaraz zawrócisz, będę musiał udawać, że też się nie boję – powiedział.
Brzmiał pewnie, ale jego palce zaciskały się i rozluźniały na pasku torby. Amelia znała go na tyle dobrze, by dostrzec ten drobny ruch. On również się wahał. Po prostu robił to głośniej i z większą pozą.
– To nie jest zabawne – mruknęła.
– Nie. Ale jesteśmy już tutaj.
Ścieżka wciągnęła ich między drzewa. Mech pod stopami tłumił każdy krok, jakby las nie chciał zdradzić obecności intruzów. Pnie były szerokie, poskręcane, naznaczone sękatymi bliznami. Amelia miała wrażenie, że kiedy mija kolejne drzewo, cień pod jego korą przesuwa się o ułamek sekundy za późno.
Im głębiej wchodzili, tym mniej przypominało to zwykły las. W gałęziach wisiały pajęczyny tak delikatne, że niemal niewidoczne, a jednak łapały poranne światło i rozciągały je w cienkie, drżące nitki. Na jednej z nich coś migotało. Leon przystanął pierwszy.
Między pajęczynami kołysała się drobna kula światła, nie większa od orzecha. Pulsowała słabo, raz jaśniej, raz ciszej, jakby miała własny, nieregularny puls. Amelia poczuła, że gardło jej się zaciska.
– Widzisz to? – wyszeptała.
Leon skinął głową, a potem wyciągnął rękę, jakby nie mógł się powstrzymać.
– Lepiej tego nie dotykaj – powiedziała szybko.
Było za późno.
Ledwie musnął kulę palcami, a światło pękło ostrym trzaskiem i przeszył go nagły dreszcz. Leon syknął, cofnął dłoń i potrząsnął nią gwałtownie.
– To nie jest normalne – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Jakby... jakby uderzył we mnie błysk.
Amelia spojrzała na jego opuszczoną rękę, potem na kulę, która znów zawirowała spokojnie, niewinnie, jakby nic się nie stało. W tej samej chwili z głębi lasu dobiegł ich dźwięk. Nie był to śpiew, nie był to szum, a jednak niósł w sobie coś z jednego i drugiego. Melodię tak odległą, że aż bolesną.
Zanim Amelia zdążyła odpowiedzieć, nad runem przemknęło światło.
Mały niebieski płomyk unosił się kilkanaście centymetrów nad ziemią. Drżał na krawędziach, jakby składał się z oddechu i iskier, i patrzył prosto na nich.
– My to naprawdę widzimy? – szepnęła Amelia.
Płomyk zakołysał się lekko, po czym odsunął w głąb lasu. Nie zniknął. Czekał.
Leon ruszył za nim bez słowa. Amelia zawahała się tylko przez moment. Mgła za ich plecami była teraz znacznie gęstsza niż przed chwilą, jakby ktoś zamknął drogę powrotu. Ruszyła więc za Leonem, ostrożniej, niż chciała przyznać.
Las zmieniał się z każdym krokiem. Błękit mgły przechodził w zieleń, potem w róż o bladym, niemal chorobliwym odcieniu. Gdzieś wysoko trzepotały skrzydła, choć Amelia nie potrafiła dostrzec żadnego ptaka. Niebieski płomyk prowadził ich coraz dalej, aż w końcu ścieżka rozsypała się w ciemnym poszyciu i otworzyła przed nimi polanę.
Ziemię pokrywały fosforyzujące kwiaty. W centrum stał ogromny kamień, wysoki jak człowiek, z wyrytą w nim sylwetką skrzydlatej postaci. Nad rzeźbą unosiła się druga kula światła, większa od tej z pajęczyn, spokojna i ciężka od jakiejś dawnej siły.
Amelia poczuła, że serce bije jej za mocno.
Wtedy ziemia zadrżała.
Nie mocno, tylko na tyle, by przesunąć się pod stopami i podnieść drobne źdźbła mchu. Drzewa dookoła polany zaczęły wyginać się ku sobie, jakby tworzyły krąg. Światło nad kamieniem rozbłysło jaśniej, a mgła zawirowała gwałtownie, odcinając drogę, z której przyszli.
Leon przełknął ślinę.
– Ktoś tu na nas czeka – powiedział cicho.
Z cienia pod jednym z drzew wynurzyła się sylwetka. Najpierw widać było tylko jej kształt, potem błysk oczu, chłodnych i uważnych. Postać zatrzymała się na granicy światła, jakby dokładnie wiedziała, jak daleko może podejść.
Jej głos był spokojny, prawie łagodny.
– Przekroczyliście granicę świata, którego nie znacie. Powiedzcie mi teraz, po co przyszliście aż tutaj?
Amelia spojrzała na Leona. W jego twarzy nie było już ani cienia żartu.
Niebieski płomyk zatańczył między nimi a nieznajomą, a las wokół polany zamilkł tak nagle, jakby wstrzymał oddech przed czymś, co dopiero miało się wydarzyć.