Siedemnastoletni Szymon i Natalia odnajdują w piwnicy Zerową Bramę, która prowadzi do Sequeny. Gdy portal budzi się do życia, ktoś po drugiej stronie już na nich czeka.
Noc wciskała się do piwnicy przez małe, zakurzone okno, rozlewając na podłodze blade, srebrne pasma. Szymon stał nieruchomo między regałami, z latarką w dłoni, i próbował nie patrzeć na Natalię zbyt długo, jakby samo spojrzenie mogło go zdradzić.
– Nadal możesz się wycofać – szepnęła.
Trzymała w palcach pożółkłą kartę znaleziona w bibliotece jego pradziadka. Na papierze wiły się znaki, których nie potrafili odczytać, a jednak oboje wiedzieli już, że nie są przypadkowe.
– Jeśli się wycofam, nigdy się nie dowiem, co on ukrywał – odparł Szymon. Głos zabrzmiał pewniej, niż się czuł. – A skoro to tutaj stało przez tyle lat, to znaczy, że ktoś naprawdę chciał, żeby ktoś je odnalazł.
Za ostatnim rzędem półek, w najciemniejszym kącie piwnicy, w murze tkwił idealny okrąg. Nie wyglądał jak pęknięcie ani wejście. Bardziej jak wycięty fragment czegoś, co nie powinno istnieć w zwykłej piwnicy. Metalowa rama była zimna i matowa, a wyryte na niej symbole zareagowały na światło latarki krótkim, mokrym błyskiem.
„Zerowa Brama – przejście do Sequeny”.
Napisy znaleźli na odwrocie karty. Od tamtej chwili nie umieli myśleć o niczym innym.
Natalia przykucnęła i wsunęła kartę w wąską szczelinę w ramie. Przez moment nic się nie wydarzyło. Potem z wnętrza muru dobiegł cichy, metaliczny zgrzyt, jakby ktoś od środka odsunął ciężki zamek.
Środek okręgu rozjaśnił się chłodnym, bladoniebieskim światłem.
Szymon odruchowo cofnął się o krok. Powietrze zgęstniało, zrobiło się ciężkie i drażniące, jak tuż przed burzą. Na skórze pojawił mu się dreszcz, a światło portalu zaczęło pulsować wolno, niemal rytmicznie, jakby oddychało.
Najpierw zobaczyli tylko mleczną mgłę. Potem w tej bieli zaczęły wyłaniać się kształty: smukłe wieże, sieć świetlistych kładek, ostre linie obcych budowli i drzewa o gałęziach przypominających szkło. Nad wszystkim wisiało niebo pełne gwiazd, ustawionych inaczej niż na ziemi.
Z głębi przejścia dobiegł ich szmer. Nie był to wiatr. Nie był to też język, który znali. Brzmiał raczej jak szept wielu głosów, zsynchronizowanych w jednym, obcym oddechu.
– Jeśli za chwilę coś pójdzie nie tak, bierzesz kartę i zamykasz portal – powiedział Szymon, zanim zdążył się rozmyślić.
Natalia spojrzała na niego ostro, po czym skinęła głową. Zacisnęła dłoń na jego nadgarstku tak mocno, że aż zabolało.
– Razem – powiedziała.
Skoczyli.
Przez ułamek sekundy Szymon miał wrażenie, że spada w pustkę bez dna. Potem uderzył stopami w gładką, sztywną powierzchnię, zimną jak szkło i dziwnie drżącą pod ciężarem ciała. Natalia zachwiała się obok niego. Nad nimi nie było sufitu, tylko obce niebo, ciemne i przejrzyste, rozpięte nad miastem, którego nie powinno tu być.
Przed nimi stała postać w długim kapturze. Twarzy nie było widać, jedynie cień i pulsujące światło trzymanego w dłoniach przedmiotu. Powietrze wokół niej falowało, jakby sam jej głos wypierał przestrzeń.
– Wreszcie – powiedziała postać. – Czekałem na was od bardzo dawna.
Szymon zdążył tylko wziąć oddech. Świat nagle przechylił się, zadrżał i zaczął wirować, a blask z ręki nieznajomego wystrzelił prosto w nich.