Złoty portal w starym parku

Lena, Krzyś i Basia trafiają do zapomnianego parku, gdzie stary zegar słoneczny budzi złoty portal. Za jego światłem czeka świat niepodobny do żadnego znanego miejsca.

W samym środku miasta był park, do którego nikt już prawie nie zaglądał. Krzywe alejki zarosły trawą, ławki siniały od deszczu, a stara bramka skrzypiała tak, jakby od dawna czekała na kogoś odważnego. Właśnie dlatego Lena, Krzyś i Basia lubili to miejsce najbardziej.

Tego popołudnia niebo wisiało nisko i ciężko, a wiatr szarpał gałęzie nad ich głowami. – Jeśli w tym parku naprawdę coś jest, to znajdziemy to dziś – powiedziała Lena i pierwsza wsunęła się między krzaki.

Szli powoli przez gęstą plątaninę gałęzi, aż nagle drzewa rozsunęły się przed nimi i zobaczyli małą altankę, schowaną tak dobrze, jakby park próbował ją ukryć przed całym światem. Pośrodku stał stary zegar słoneczny, pokryty mchem i pajęczynami. Na jego tarczy coś połyskiwało.

– Patrzcie! – Basia podbiegła o krok. – Wskazówka świeci na złoto.

Krzyś zmrużył oczy. Pod tarczą biegła wąska, ledwo widoczna linia, jakby ktoś wyrył ją paznokciem albo ostrzem. Lena pochyliła się i dotknęła kamienia. Zegar zadrżał.

Najpierw usłyszeli cichy szelest, potem niski, głęboki pomruk, który przeszedł im po plecach jak lodowaty dreszcz. Powietrze wokół zegara zaczęło migotać. Zieleń altanki zniknęła w złotych smugach, a między nimi otworzyło się koło światła.

Portal.

Wirował jak żywy, wielki i jasny, a w jego środku przesuwały się obrazy, od których aż trudno było oderwać wzrok: góry przykryte błękitnym śniegiem, lasy ze srebrnymi liśćmi, jeziora połyskujące wszystkimi kolorami naraz i stworzenia, które migały wysoko między chmurami, znikając, zanim dało się je dobrze zobaczyć.

– To nie może być prawdziwe... – wyszeptał Krzyś.

Basia cofnęła się o pół kroku, ale Lena już patrzyła prosto w złoty wir, jakby coś po drugiej stronie wołało właśnie do niej. – Musimy sprawdzić, dokąd prowadzi – powiedziała.

Stanęli blisko siebie, ściskając się za ręce. Zrobiło się cicho, zbyt cicho jak na park w środku miasta. Potem wiatr uderzył w nich tak mocno, że aż musieli przymknąć oczy. Świat zawirował, altanka zniknęła, a pod stopami poczuli nagle twardy, zimny kamień.

Kiedy otworzyli oczy, nie było już parku.

Przed nimi rozciągała się obca kraina, olśniewająca i dziwna, a tuż obok, na ogromnym głazie, siedział ktoś nieruchomo, jakby czekał od bardzo dawna. Wtedy rozległ się spokojny głos:

– Czekałem na was. Jesteście gotowi na próbę?