W czasie nocnej burzy Lena, Igor i Michał odkrywają ukryte przejście w opuszczonej bibliotece. Za regałem czeka świat, w którym przestrzeń, czas i cień zaczynają się rozjeżdżać.
Deszcz walił o dach starej miejskiej biblioteki tak mocno, jakby chciał go wyrwać z zawiasów. Lena, Igor i Michał szli między regałami na palcach, z latarką przyciśniętą do piersi i sercem bijącym szybciej, niż wypadało przy szkolnym projekcie. Oficjalnie mieli robić kwerendę do referatu. Nieoficjalnie przyszli sprawdzić legendę o ukrytym pomieszczeniu, o którym od lat szeptali uczniowie i kilku starych bywalców.
— To był zły pomysł — szepnął Igor, zerkając przez ramię na ciemność za nimi. — Naprawdę zły.
— Powtarzasz to od wejścia — mruknęła Lena. Światło latarki przecięło kurz i zatrzymało się na portrecie dawnego bibliotekarza. Mężczyzna patrzył spod przymrużonych powiek z wyrazem twarzy, który trudno było nazwać przyjaznym.
Michał klęczał już przy najdalszym regale. Palcami przesuwał po grzbietach książek, jakby czegoś szukał nie po omacku, ale z pamięci.
— Tu jest coś nie tak — powiedział cicho.
Wysunął jedną z oprawionych w skórę ksiąg. Odpowiedziało mu głuche kliknięcie. Cały regał zadrżał, a potem odsunął się o kilka centymetrów, odsłaniając szczelinę w ścianie.
Nikt się nie odezwał. Przez wąskie przejście ciągnęło zimne, metaliczne powietrze, zupełnie inne niż zatęchły zapach papieru i wilgoci.
— No dobra — wydusił w końcu Michał, uśmiechając się z niedowierzaniem. — Chyba jednak mieliśmy rację.
Wcisnęli się do środka jeden za drugim. Korytarz był tak ciasny, że ramiona muskały wilgotne ściany. Burza za ich plecami cichła z każdym krokiem, jakby biblioteka odcinała ich od reszty świata. Po kilku minutach marszu stanęli przed ciężkimi drzwiami pokrytymi drobnymi, spiralnymi znakami.
Lena dotknęła klamki.
Przeszedł ją lodowaty dreszcz.
Drzwi uchyliły się same.
Za nimi nie było kolejnego pokoju. Nie było ściany. Rozciągała się srebrzysta mgła, gęsta i drżąca, a w jej wnętrzu majaczyły konstrukcje, które nie powinny istnieć: mosty urwane w połowie, schody prowadzące donikąd, fragmenty ulic zawieszone wysoko nad pustką. Powietrze pulsowało cicho, jakby coś po drugiej stronie oddychało razem z nimi.
— To nie jest możliwe — wyszeptał Igor.
Lena zrobiła krok bliżej i wyciągnęła rękę. Mgła poruszyła się gwałtownie, jakby ją rozpoznała. W tym samym momencie ich zegarki zaczęły tykać wstecz.
— Igor… — Michał spojrzał na swoją tarczę, pobladły. — To się cofa.
Z głębi srebrnego światła wyłonił się cień. Najpierw tylko zarys ramion, potem twarz, której nie dało się zapamiętać, choć patrzyło się na nią bez oddechu. Za nim rozpościerało się miasto odwrócone do góry nogami, jak odbicie w pękniętym lustrze.
A potem za ich plecami huknęły zamykające się drzwi.