Siedemnastoletni Adam i czternastoletnia Lena podczas nocnego spaceru trafiają na granicę światła i mroku, za którą kryje się obce, niepokojące miasto.
Adam po raz kolejny szedł przez opustoszałe ulice, choć od dawna nie chodziło już o sam spacer. Za kilka tygodni miał skończyć siedemnaście lat i coraz częściej miał wrażenie, że w jego mieście coś ukrywa się tuż pod powierzchnią codzienności. Jakby między kamienicami, latarniami i mokrym asfaltem istniał drugi plan, cierpliwy i głodny odkrycia.
Tego wieczoru dołączyła do niego Lena. Czternaście lat, za dużo odwagi i za mało zdrowego rozsądku, jeśli pytać Adama. Szła pół kroku za nim, odbijając się od kałuż, jakby noc była dla niej tylko kolejną zabawą. On niósł plecak z latarkami i kompasem, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania, że to cokolwiek da. Mimo to nie potrafił zostać w domu.
Mijali stare kamienice, których fasady w świetle lamp wyglądały tak, jakby oddychały. Okna były ciemne, ale nie martwe. Im dalej szli, tym mocniej Adam czuł na karku ten nieprzyjemny chłód, który pojawia się wtedy, gdy coś obserwuje cię zbyt długo. Lena nagle zwolniła.
Pod jedną z latarni cień leżał inaczej niż reszta mroku. Był gęsty, niemal czarny, i drżał delikatnie, jakby po drugiej stronie ktoś poruszał ciężką tkaniną. Adam chciał ją odciągnąć, ale Lena już stała przy świetle, wyciągając rękę.
Jej palce dotknęły ciemności i zniknęły w niej bez oporu. Adam chwycił ją za nadgarstek, za późno. Cień otworzył się jak mokra zasłona, wessał ich oboje i nagle chodnik pod stopami przestał istnieć.
Upadli miękko, jak na coś sprężystego. Adam poderwał głowę pierwszy i przez chwilę nie był w stanie złapać oddechu. Nad nimi rozciągało się obce niebo, blade i nieruchome, jakby ktoś zawiesił nad miastem ogromne, matowe lustro. Ulice ciągnęły się w nieskończoność, a latarnie świeciły chłodnym, sinawym światłem. Budynki miały znajome kształty tylko przez ułamek sekundy; potem rozpadały się w oczach na szkło, metal i coś, czego nie potrafił nazwać. Między nimi przesuwały się sylwetki, zbyt smukłe, by uznać je za ludzi.
Lena ścisnęła jego dłoń tak mocno, że aż zabolało. W jej oczach zamiast strachu błyszczało coś znacznie gorszego: zachwyt.
Adam próbował odnaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. Bramę. Ulicę. Znak. Cokolwiek, co powiedziałoby mu, gdzie są. Nic nie pasowało do świata, który znał. Wtedy z bocznej uliczki dobiegł cichy szelest, a potem krótki, urwany śmiech, zbyt młody, by należeć do kogoś, kto powinien tu mieszkać.
Lena zrobiła krok naprzód. Adam ruszył za nią i zobaczył postać stojącą w półmroku za szklistymi drzwiami jednej z kamienic. Wysoka, nienaturalnie szczupła, z twarzą ledwie zarysowaną pod blaskiem niebieskich lamp. Jej srebrne oczy nie mrugnęły ani razu. Bez słowa uniosła rękę i wskazała im wejście.
Adam zawahał się tylko na moment. Lena już chciała podejść bliżej, gdy zza ich pleców dobiegł dziwny, rwany dźwięk, jakby ktoś próbował złożyć melodię z obcych, niepasujących do siebie nut. Powietrze zafalowało. Cienie przy latarniach wydłużyły się i zaczęły pełznąć w ich stronę.
Adam poczuł, że wszystkie odgłosy miasta nagle cichną, jakby ktoś ściszył świat tuż przed czymś nieodwracalnym. Z ciemności po drugiej stronie ulicy dobiegł jeszcze jeden śmiech, bliższy niż poprzedni.
A potem cień pod ich stopami poruszył się pierwszy.