Przejście wśród Granitowych Kolumn

Warszawa po zmroku, opuszczone obserwatorium i kamienny krąg, który budzi coś niemożliwego. Anka, Kacper i Ola stają przed portalem, ale ktoś albo coś już ich tam wyprzedza.

Późny wieczór przydusił opuszczone obserwatorium na skraju Warszawy ciężkim, wilgotnym powietrzem. Miasto migotało w oddali jak rozrzucone szkło, a dach dawnej kopuły, rozszarpany przez czas i rdzawe blachy, wyglądał jak miejsce, z którego dawno wycofała się pamięć. Anka przesunęła palcami po zimnej barierce i spojrzała na Kacpra oraz Olę. Oboje byli spięci w ten sam sposób, w jaki człowiek wygląda tuż przed zrobieniem głupstwa, którego potem nie da się już odkręcić.

„Na pewno?” zapytała cicho.

Ola odpowiedziała jej tylko krótkim uśmiechem. To ona pierwsza ruszyła między chwasty i popękane płyty tarasu, prosto ku kręgowi z granitowych kolumn stojących pośrodku dachu. Kamienie były wysokie, ciemne i nierówne, jakby nie zostały ustawione ludzką ręką, lecz wyrwane z ziemi i wbite tutaj w jakimś dawnym geście sprzeciwu. Kacper zaklął pod nosem, ale już po chwili poszedł za nią z latarką uniesioną zbyt wysoko, jakby światło mogło oswoić to miejsce.

Anka weszła ostatnia. Pod butami zachrzęściły drobne odłamki kamienia, a chłód bijący od kolumn przeszył ją aż do karku. Wydawało jej się przez moment, że powietrze wewnątrz kręgu drga inaczej niż na zewnątrz, jakby między granitowymi filarami coś oddychało.

Na środku leżała płaska płyta, niemal całkiem starta przez czas. Wyryto w niej znaki przypominające jednocześnie gwiezdne mapy i ostrzeżenia. Linie przecinały się pod nienaturalnymi kątami, a spiralny motyw w centrum był tak precyzyjny, że aż bolało patrzenie na niego z bliska. Ola przyklękła bez wahania i dotknęła palcem środka spirali.

Najpierw nic się nie stało.

Potem kamień odpowiedział blaskiem.

Z głębi kolumn wypłynęło blade, niebieskawe światło, cienkie jak dym i ostre jak szkło. Owinęło płyty, przecięło noc i połączyło filary smugami, które zaczęły wirować coraz szybciej, aż nad ich głowami otworzył się krąg jasności. Anka poczuła nagły ucisk w żołądku, jakby grunt pod nimi odsunął się o krok. Kacper odruchowo cofnął się o pół stopy. Ola jednak patrzyła w środek światła bez mrugnięcia, z twarzą napiętą tak, jakby coś po drugiej stronie właśnie ją rozpoznawało.

Wtedy odezwał się głos. Nie dochodził z żadnej konkretnej strony; zdawał się brzmieć jednocześnie pod kamieniem, w powietrzu i tuż obok ich uszu.

„Kto przekroczy Granitowe Kolumny, wejdzie do świata, z którego nie wraca się bez ceny.”

Latarka Kacpra zadrżała. Światło portalu stało się ostrzejsze, bardziej nienaturalne, a wiatr nagle umilkł, jakby całe wzgórze wstrzymało oddech. Ola wyciągnęła rękę do przodu i zrobiła krok, który nie wyglądał już na żart ani na próbę odwagi.

Anka chciała ją zatrzymać, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.

W tej samej chwili z jasności wynurzyła się smukła sylwetka. Najpierw zobaczyli tylko cień, długi i nieruchomy, przecinający kamienny krąg. Potem z portalu wyłoniła się postać o nierozpoznawalnych rysach, stojąca zbyt blisko, jakby od początku czekała po ich stronie. Niebieski blask odbił się od jej twarzy, a Ola zesztywniała z wyciągniętą dłonią.

Nikt się nie ruszył.

Portal pulsował coraz mocniej, a cień nieznajomej postaci przesunął się po stopach Anki jak chłodny dotyk czegoś, co właśnie odnalazło drogę do ich świata...