Leo i Lena wchodzą do opuszczonej hali przy torach, gdzie znajdują ukryty znak i przejście do obcego świata. To, co czeka po drugiej stronie, nie wygląda na przypadek.
Leo zerknął na telefon jeszcze raz, choć dobrze znał godzinę. W opuszczonej hali warsztatowej ciemność wydawała się cięższa niż gdziekolwiek indziej, jakby zjadała resztki światła wpadającego przez wybite okna. Każdy krok brzmiał za głośno.
Nie włączył latarki. Nie dlatego, że było to mądre. Po prostu nie chciał, żeby ktoś ich zauważył. Włamanie do starego budynku po lekcjach już samo w sobie było wystarczająco złym pomysłem.
Lena szła obok niego, z napięciem w ramionach i błyskiem ekscytacji w oczach. To ona pierwsza znalazła anonimowy wpis na lokalnym forum: „W starej hali przy torach jest coś, czego nie powinno tam być”. Dla większości ludzi brzmiało to jak głupi żart. Dla nich jak zaproszenie.
Leo przesunął światłem telefonu po ścianie i zatrzymał wzrok na muralu. Ktoś namalował tam wysoką postać bez twarzy, z rozwianymi włosami i oczami jak dwa puste białe kręgi. Farba była świeższa niż reszta ściany. Zbyt świeża.
W głębi hali unosił się zapach wilgoci, rdzy i czegoś jeszcze, czego nie potrafił nazwać. Chciał już powiedzieć, że mają dość i powinni wracać, kiedy Lena przykucnęła przy podłodze.
„Leo. Zobacz.”
Odgarnięta przez nią warstwa kurzu odsłoniła metalową płytkę, prawie zlaną z posadzką. Na powierzchni ciął się rząd znaków, cienkich i ostrych, jakby wyryto je nie ręką, tylko światłem. Leo nachylił się bliżej. Znaki drżały słabo, jak fosforyzujący ślad pod skórą metalu.
Lena dotknęła płytki kostkami palców.
Pod spodem coś odpowiedziało.
Z wnętrza posadzki wystrzeliło lodowate niebieskie światło, tak jasne, że Leo odruchowo zasłonił oczy. Powietrze wokół nich zadrżało, hala wygięła się w dziwnym łuku, a dźwięk pękającego metalu przeszedł w niski, narastający szum.
Leo chwycił Lenę za rękę. Pod nogami grunt zniknął mu na ułamek sekundy, jakby stał na cienkiej skórze wody. Świat przewrócił się na lewą stronę.
Kiedy odzyskał oddech, nie było już hali.
Stali na szczycie klifu nad oceanem tak czarnym, że zdawał się bez dna. Nad nimi wisiały trzy księżyce, każdy innego koloru. Wiatr pachniał solą i czymś metalicznym. Z daleka dobiegał dźwięk przypominający otwieranie ogromnych skrzydeł.
Leo odwrócił się powoli, nie ufając temu, co widzi. Za ich plecami skały świeciły bladym połyskiem, a w ich cieniu poruszyło się coś wysokiego i zbyt smukłego, by było zwierzęciem z Ziemi.
Lena ścisnęła jego dłoń tak mocno, że aż zabolało. Nie odrywała wzroku od postaci, która właśnie wysunęła się z mroku.
„Leo” - szepnęła. - „Czy widzisz to samo co ja?”