Przepaść między światami

Ola, Filip i Zuza wchodzą do opuszczonej kamienicy, gdzie pęknięte lustro pokazuje obcy świat i otwiera przejście, którego nie powinni byli dotknąć.

Stara kamienica przy ulicy Słonecznej stała pusta od tak dawna, że zaczęła wyglądać jak wyrwana z miasta, a nie zostawiona w nim. Dla większości ludzi była tylko ruiną z wybitymi oknami. Dla Oli, Filipa i Zuzy od miesięcy była zagadką, której nie umieli zostawić w spokoju.

Tego czerwcowego popołudnia drzwi, zwykle zaryglowane i obwieszone łańcuchami, były uchylone na szerokość dłoni. Filip zatrzymał się pierwszy. Przez chwilę patrzył w ciemność, jakby czekał, aż ciemność spojrzy z powrotem. Potem pchnął skrzydło barkiem. Z wnętrza wypłynął chłód, zapach wilgotnego tynku i coś jeszcze, metalicznego, niepokojąco świeżego.

Ich kroki rozbrzmiewały za głośno na popękanych płytkach korytarza. Wysokie okna były wybite, więc wąskie pasy światła przecinały kurz i drgały na ścianach jak cienkie nici. Zuza szła najbliżej Oli, z dłonią zaciśniętą na pasku plecaka.

– Jeśli ktoś tu jest, to niech to będzie duch z dobrym humorem – wyszeptała.

– Albo przynajmniej z krótkim zasięgiem – mruknął Filip, próbując się uśmiechnąć.

W salonie panowała cisza tak gęsta, że aż bolały od niej uszy. Na środku stał stary fotel, rozpruty i zapadnięty, jakby ktoś zostawił go tu w pośpiechu wiele lat temu. Obok niego wisiało ogromne lustro w ciężkiej, popękanej ramie. Nie widzieli go podczas poprzednich wypraw. Na pewno by je zauważyli.

Filip podszedł bliżej pierwszy. Zamiast jego twarzy tafla pokazała obce niebo, niskie, szare chmury i miasto, którego nie dało się pomylić z żadnym znanym miejscem: wieże pochylały się pod dziwnymi kątami, a nad ulicami unosiły się świetliste mosty, cienkie jak pajęcze nici. Ola mrugnęła, a obraz nie zniknął. Zuza wciągnęła gwałtownie powietrze.

Każde z nich widziało coś innego, ale nikt nie miał wątpliwości, że to nie jest odbicie.

Lustro odezwało się cichym, przeciągłym szelestem. Powierzchnia zafalowała, jakby ktoś przesunął po niej palcami od środka. Na środku tafli zakręciła się srebrna smuga światła, najpierw cienka jak włos, potem coraz szersza, głębsza, niemal wciągająca wzrok. Powietrze zgęstniało, a podłoga lekko zadrżała.

– Filip, co ty... – zaczęła Zuza, cofając się o krok.

Za późno. Filip wyciągnął rękę i dotknął wirującej powierzchni. W tej samej chwili coś szarpnęło ich wszystkich do przodu. Pokój rozciągnął się, pękł na pasy światła i cienia, a pod stopami zniknęła im podłoga.

I wtedy w tafli, tuż przed nimi, pojawiła się czyjaś dłoń.