W Zamarzniętym Lesie dzieje się coś nienaturalnego. Lena, Iwo i Tami trafiają na trop prowadzący do ukrytej bramy, ale pod kamieniem czeka na nich coś, czego nie powinno tam być.
Lena od zawsze nie znosiła zimy, lecz tej odczuwała ją inaczej. Śnieg nie był zwykły: w dzień połyskiwał srebrnym blaskiem, a nocą wyglądał, jakby pod jego powierzchnią tliło się światło. Z okna swojego pokoju w Przestępczym Młynie, małej wiosce na skraju Zamarzniętego Lasu, patrzyła, jak szron rozgałęzia się na szybie w cienkie, niemal celowe wzory. Miała wrażenie, że las nie milczy, tylko czeka.
Iwo zjawił się u niej w sobotę bez zapowiedzi, z rumianymi policzkami i zawiniątkiem papierów wsuniętym pod pachę. Rozłożył je na stole tak ostrożnie, jakby bał się, że kartki zaraz się rozsypią. Był to fragment starej mapy, pożółkły i postrzępiony na brzegach. Wśród kresek i wyblakłych znaków ktoś dopisał cienkim, nerwowym pismem: „Do Bramy Sześciu Korytarzy prowadzi tylko światło zgaszonych gwiazd”.
— To chyba nie jest żart — powiedział Iwo cicho. — Znalazłem to w papierach dziadka. On nigdy nie trzymał w domu przypadkowych rzeczy.
Lena przesunęła palcem po zdaniu. — Mój tata wspominał kiedyś o wielkim głazie w środku lasu. Podobno pod nim są stare tunele. Jeśli ta mapa nie kłamie, to może właśnie tam prowadzi ten napis.
Kiedy dołączyła do nich Tami, bez wahania stwierdziła, że jeśli już coś ma być dziwne, to lepiej zobaczyć to z bliska. Miała włosy ciemnoniebieskie jak zimowe niebo tuż przed świtem i ten rodzaj odwagi, który nie potrzebuje głośnych słów. Wzięli latarki, ciepłe kurtki i kilka kanapek, po czym ruszyli w stronę lasu.
Im głębiej wchodzili między drzewa, tym bardziej świat zwężał się do wąskiego pasa ścieżki. Gałęzie zwisały nad nimi jak zamarznięte palce, a śnieg tłumił każdy dźwięk tak skutecznie, że własny oddech wydawał się zbyt głośny. Nawet wiatr, jeśli w ogóle tam był, zdawał się nie odważyć wejść między drzewa.
Wreszcie stanęli przed ogromnym głazem porośniętym lodem. Lena wyjęła mapę i przyłożyła ją do chropowatej powierzchni kamienia. Przez moment nic się nie wydarzyło. Potem spod głazu dobiegł niski, przeciągły pomruk, jakby coś bardzo głęboko pod ziemią obudziło się po długim śnie.
— Słyszycie to? — wyszeptała Tami.
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, z ciemności pod kamieniem wypłynął wąski promień srebrzystego światła. Na śniegu obok ich butów pojawiły się świeże ślady bosych stóp. Nie należały do żadnego z nich.
Iwo cofnął się o krok. — Ktoś był tu przed nami.
W tej samej chwili z wnętrza tunelu dobiegł ich szmer. Tuż za nim rozległ się cichy, stłumiony śmiech, zbyt bliski, by mógł należeć do kogoś, kto został na powierzchni.
Lena zacisnęła dłoń na latarce i spojrzała w czarną szczelinę pod głazem. Ze środka wiało chłodem tak ostrym, jakby pod ziemią otwierał się zupełnie inny świat. A potem w mroku coś poruszyło się i zatrzymało tuż przy wejściu.