Konkurs na Najdziwniejszy Obiad

W liceum rusza konkurs na najbardziej absurdalny posiłek. Siedmioosobowa ekipa chce wygrać za wszelką cenę, ale im bardziej szalą z pomysłami, tym dziwniejsze rzeczy zaczynają dziać się wokół nich.

W Liceum im. Profesora Rysia zwykły czwartek potrafił wyglądać jak drobna katastrofa, ale tym razem nawet szkolni pesymiści podnieśli głowy znad telefonów. Na tablicy ogłoszeń pojawił się wielki, czerwony plakat: Konkurs na Najdziwniejszy Obiad Wszech czasów. Nie najlepszy. Nie najzdrowszy. Najdziwniejszy.

Dyrektorka Lewandowska uznała najwyraźniej, że młodzieży przyda się odrobina „twórczej swobody”, a nauczyciele, którzy to podpisali, musieli chyba czytać regulamin przez zaciśnięte zęby. Liczyły się pomysłowość, odwaga i to, żeby komisja nie musiała dzwonić po psychologa po każdym daniu.

Asia przeczytała ogłoszenie dwa razy i od razu otworzyła notatnik. Na marginesie miała już szkic menu, obok którego pojawiły się pytania egzystencjalne w rodzaju: czy ketchup można traktować jak deser i dlaczego nikt nie docenia sałatek, które wyglądają jak żart? Jako samozwańcza liderka 2c wiedziała jedno: jeśli ich klasa ma się skompromitować, to przynajmniej z rozmachem.

Szymon, jej najlepszy przyjaciel i lokalny specjalista od rzeczy, których nikt inny nie chciał jeść, położył na stole pudełko tofu o smaku kiszonych ogórków.

– To jest niedoceniany materiał – oznajmił z pełnym przekonaniem. – Tylko trzeba go właściwie zran... to znaczy, doprawić.

Do ekipy dołączyli Ola, która traktowała kuchnię molekularną jak sport ekstremalny, Bartek, syn właściciela sklepu z egzotycznymi przyprawami, Natka świeżo po wegańskim detoksie i głodna jak cały szkolny internat, oraz Janek z Mają, duet od jedzenia na czas, gotowy pochłonąć wszystko, co da się przeżuć bez ambulansu w pobliżu. W kilka minut stali się lokalną sensacją. Jedni obstawiali, że znowu zrobią z siebie pośmiewisko. Inni, że przypadkiem wyznaczą nowy trend, którego nikt nie będzie umiał odkręcić.

Biblioteka, na czas konkursu zamieniona w coś pomiędzy laboratorium a kuchnią po przejściach, pachniała papierem, przyprawami i lekką paniką. Na stole piętrzyły się dziwaczne składniki, a z głośników sączyło się disco polo, bo ktoś z organizatorów uznał, że nic tak nie pobudza kreatywności jak piosenka, której nie da się już potem odzobaczyć.

– Dobra – Asia oparła łokcie o blat. – Każdy rzuca coś, czego nie da się obronić przy zdrowych zmysłach.

– Lody czosnkowe z ketchupem – wypalił Szymon.

– Ravioli z farszem z popcornu – dorzuciła Ola, wyciągając woreczek z etykietą „eksmisja dla kubków smakowych”.

– Chipsy z alg, suszonych truskawek, musztardy z mango i pieprzu syczuańskiego – Bartek mówił już tonem człowieka, który właśnie awansował na szefa kuchni mafii.

– A coś, co da się zjeść bez łez? – spytała Natka, zaglądając do pustego kubka po herbacie, jakby liczyła na cud.

Pomysły mnożyły się szybciej niż szkolne plotki. Jajko w skorupce z żelków. Makaron z kawy. Klopsiki z kakao, podane na zimno, bo „kontrast wzmacnia doświadczenie”. Janek i Maja co chwilę rzucali testowe komentarze, czy coś da się połknąć w mniej niż trzy sekundy, a Asia notowała coraz szybciej, jakby od tego zależała przyszłość całej szkoły.

I wtedy Maja otworzyła lodówkę.

Wyjęła z niej słoik bez etykiety. W środku kołysał się gęsty, lekko fioletowy płyn, który wyglądał jak pomyłka chemii i gastronomii w jednym. Na chwilę nikt się nie odezwał.

– Znalazłam to w piwnicy szkoły – powiedziała z przesadnym spokojem. – Myślicie, że nada się do dania finałowego?

W tej samej sekundzie drzwi biblioteki zatrzasnęły się z hukiem. Światła zamrugały raz, drugi, a potem przygasły tak, jakby ktoś po drugiej stronie budynku właśnie odłączył im odwagę. Przez uchylone okno wpadł przeciąg i rozsypał po podłodze przepisy, notatki oraz jedną łyżkę, która potoczyła się prosto pod stół.

W ciszy słychać było tylko ciche bulgotanie fioletowego słoika.

Asia spojrzała na Maję, potem na zamknięte drzwi.

I po raz pierwszy od rana nie była pewna, czy jeszcze chodzi o konkurs.