Przez Labirynt Żelaznych Wież

Zofia, Maks i Lena znajdują w ruinach starej elektrowni ukryte drzwi. Za nimi czeka świat metalu, światła i unoszących się wysp, który od pierwszej chwili zdaje się ich obserwować.

Zofia miała swoje zdanie na temat miasteczka: było tak samo nudne, jak pusta droga za blokami w środku wakacji. Lipiec ciągnął się bez końca, a ona nie spodziewała się już niczego poza kolejnym dniem spędzonym na rowerze, w skwarze i w ciszy, którą przerywał tylko szum drzew.

Tego popołudnia pojechała z Maksem i Leną do ruin starej elektrowni. Z daleka budynek wyglądał jak wypalony szkielet, zardzewiały i przechylony, jakby sam nie był pewien, czy jeszcze stoi, czy już się rozpada. W środku królował zapach kurzu, rdzy i gorącego betonu. Właśnie za to lubili to miejsce: za poczucie, że można tam znaleźć coś, czego nikt inny nie zauważył.

Przeszli pod wygiętą bramą i skręcili w cień głównego gmachu. Lena pierwsza zwolniła kroku. Stała nieruchomo, patrząc w pękniętą ścianę tuż obok zamurowanego okna.

— Tam coś jest — powiedziała cicho.

Zofia podążyła za jej wzrokiem. W murze rzeczywiście tkwiły drzwi. Nie większe niż wejście do schowka, wykonane z ciemnego metalu, gładkie i dziwnie nowe na tle rozkruszonej fasady. Na powierzchni migotały cienkie linie, jakby ktoś wyrył w nich obcy alfabet.

Maks położył dłoń na chłodnej klamce.

— To pewnie jakiś stary właz — mruknął, ale w jego głosie zabrzmiała ciekawość, której nie próbował nawet ukryć.

Pociągnął.

Drzwi ustąpiły niemal bez oporu.

Za nimi nie było mroku, którego Zofia się spodziewała. Czekał tam wąski korytarz rozświetlony bladoniebieskim blaskiem. Światło pulsowało w ścianach, jakby pod metalem płynęła elektryczna krew. Powietrze pachniało ozonem, zimne i ostre, zupełnie inne niż duszne ruiny za ich plecami.

— Wchodzimy? — zapytał Maks, już pewien odpowiedzi.

Lena przełknęła ślinę, ale nie cofnęła się ani o krok. Zofia poczuła znajome ukłucie w żołądku: to połączenie strachu i ekscytacji, które mówiło jej, że powinna zawrócić, a jednocześnie ani myślała tego zrobić.

Ruszyli razem.

Korytarz był dłuższy, niż powinien. Z każdym krokiem dźwięki z elektrowni cichły, aż zniknęły zupełnie. Zofia słyszała już tylko własny oddech i miękki odgłos butów o metalową podłogę. Ściany drżały ledwie zauważalnie, jakby coś ogromnego pracowało gdzieś głęboko pod nimi.

Potem korytarz urwał się nagle.

Przed nimi otworzyła się przestrzeń tak wielka, że Zofia przez chwilę nie była w stanie złapać oddechu. Stała na krawędzi świata zbudowanego z żelaza, szkła i światła. W oddali wznosiły się wieże cienkie jak igły, połączone mostami zawieszonymi nad pustką. Nad nimi dryfowały wyspy, unosząc się spokojnie w powietrzu, jakby grawitacja była tu tylko sugestią.

Wzdłuż dachów przebiegały iskry. Coś syczało w oddali. Całe miasto pulsowało cichą, niepokojącą energią.

— My… śnimy? — wyszeptała Lena.

Zofia chciała odpowiedzieć, ale wtedy zobaczyła ruch u podnóża najbliższej wieży.

W cieniu metalowych kolumn pojawiły się sylwetki. Wysokie, smukłe, nieruchome. Ich oczy jarzyły się bladym światłem, a kiedy jednocześnie odwróciły głowy w stronę wejścia, Zofia poczuła, jak po plecach przebiega jej lodowaty dreszcz.

Jedna z postaci zrobiła krok naprzód.

Z głębi najwyższej wieży dobiegł niski, przeciągły dźwięk, od którego zadrżały mosty nad ich głowami.