Siedemnastoletni Jakub znajduje na strychu stare lustro, które prowadzi go do równoległego miasta pełnego cieni, milczenia i niepokojących znaków.
Strych kamienicy przy ulicy Wileńskiej miał w sobie coś, czego nie dało się nazwać. Nie był po prostu stary. Był nieruchomy, przyciszony, jakby od lat ktoś trzymał go w zamkniętym oddechu. Kurz osiadał tu grubiej niż gdzie indziej, a w powietrzu wisiał słodkawy zapach drewna, wilgoci i dawno zapomnianych rzeczy.
Tamtego wieczoru Jakub wszedł na górę, żeby przeczekać awanturę dochodzącą z klatki schodowej. Szukał tylko ciszy. Zamiast niej znalazł w najciemniejszym rogu coś, czego wcześniej nie zauważył: stare lustro w ciężkiej, popękanej ramie, zasnute pajęczyną tak gęstą, jakby nikt nie tknął go od dziesięcioleci.
Zatrzymał się. Nie wyglądało szczególnie, a jednak miał pewność, że nie powinno tu stać. Podszedł bliżej i starł palcami warstwę kurzu. Tafla pod jego dotykiem była lodowata. Nieprzyjemnie chłodna, ale też dziwnie żywa, jakby coś znajdowało się po drugiej stronie i tylko czekało, aż ktoś je dostrzeże.
W odbiciu zobaczył własną twarz. Po chwili obraz zaczął się rozmywać. Rysy Jakuba pociemniały, a za jego plecami pojawiły się kształty, których nie umiał nazwać. Długie, poszarpane cienie przesuwały się w głąb lustra, choć sam stał nieruchomo.
Serce uderzyło mu mocniej. Cofnął rękę, ale ciekawość okazała się silniejsza od strachu. Położył dłoń na tafli raz jeszcze.
Świat pękł bez dźwięku.
Przez ciało Jakuba przeszedł gwałtowny chłód. Odruchowo zamknął oczy, a kiedy je otworzył, nie było już strychu, kurzu ani popękanych belek. Stał pośrodku szerokiej alei zalanej bladoniebieskim światłem latarni. Nad ulicą wiły się mosty zawieszone jeden nad drugim jak splątane żebra. Schody prowadziły donikąd, znikały w murach i dachach, a po nich przemykali ludzie podobni do cieni. Ich twarze były zbyt blade, ich spojrzenia zbyt połyskliwe, jakby zamiast oczu mieli kawałki szkła.
Miasto milczało. Nie całkiem, nie naturalnie. Raczej tak, jakby dźwięk miał tu zakaz wstępu. Nawet jego własny oddech brzmiał obco.
Jakub zrobił krok w tył, ale za plecami nie miał już żadnej ściany, tylko wąską uliczkę tonącą w mroku. Wtedy z bocznego przejścia wyszła dziewczyna w ciemnej pelerynie. Miała mokre od deszczu włosy i twarz napiętą z niepokoju, jakby biegła tu od dawna i ledwo zdążyła.
Spojrzała prosto na niego.
Jakub ruszyłby za nią, gdyby nie to, że coś poruszyło się w cieniu jednej z bram. Zatrzymał się gwałtownie. Powietrze zgęstniało, a z głębi ulicy dobiegł niski, ochrypły głos, który wymówił jego imię tak, jakby znał je od zawsze.