Eufemia trafia na stare lustro, które prowadzi ją do świata zawieszonego między snem a jawą. W obcym mieście spotyka dziewczynę z odbicia i słyszy ostrzeżenie, którego nie rozumie.
Deszcz walił o szyby kamienicy tak mocno, jakby ktoś próbował się do niej dostać. Eufemia wróciła z zajęć później niż zwykle, przemoczona i zła na cały dzień, który znów minął bez śladu po czymś naprawdę ważnym. Miała siedemnaście lat i od dawna podejrzewała, że życie dzieje się gdzie indziej, a ona tylko mija jego krawędź: między antykwariatem dziadka, szkołą i książkami, które otwierały drzwi szybciej niż ludzie.
Tego wieczoru nie planowała niczego poza ciszą. Wchodząc na poddasze, skręciła w nieużywany korytarz, gdzie od dawna zalegał kurz, a światło żarówki drżało, jakby samo nie chciało tu zostać. Wtedy zobaczyła lustro. Stało samotnie pod skośnym sufitem, wysokie, ciężkie, wspierające się na rzeźbionych nogach. Rama była ciemna, niemal czarna, popękana na brzegach, ale tafla szkła miała w sobie dziwny połysk, niepasujący do reszty domu.
Eufemia zatrzymała się przed nim z odruchem, którego nie umiała nazwać. W odbiciu zobaczyła siebie, lecz coś było nie tak. Ruch jej dłoni spóźniał się o ułamek sekundy. Za jej plecami majaczyły nie zwykłe ściany korytarza, tylko zarysy obcych budynków, jakby lustro pokazywało miejsce, którego nie powinno tam być. Przesunęła palcami po chłodnym szkle. Tafla zadrżała pod dotykiem, choć nie mogła tego zrobić zwykła powierzchnia.
Wtedy dostrzegła w odbiciu jeszcze jedną postać. Dziewczynę mniej więcej w jej wieku, stojącą po drugiej stronie z tą samą niepokojącą uwagą w oczach. Miała krótkie, platynowe włosy i twarz, której Eufemia nie znała, a jednak natychmiast wydała jej się bliska. Za plecami Eufemii zaskrzypiały drzwi. Korytarz pociemniał, jakby ktoś nagle zgasił połowę światła w domu.
Przez krótką, szaloną chwilę Eufemia miała ochotę cofnąć rękę. Zamiast tego zrobiła krok bliżej. Szklana powierzchnia ustąpiła pod nią jak zimna woda, a cały świat pękł na cichym, ostrym dźwięku.
Kiedy otworzyła oczy, leżała na brukowanej ulicy, której nie powinna znać, a jednak znała ją aż za dobrze: układ kamienic przypominał jej własne miasto, tylko wykrzywione i obce. Fasady mieniły się jak wypolerowany kamień, drzewa miały srebrne liście, a niebo nad dachami przechodziło z granatu w fiolet tak głęboki, że wydawał się niemal czarny. Powietrze pachniało deszczem i czymś metalicznym, niepokojąco świeżym.
Kilka kroków od niej stała dziewczyna z lustra. Z bliska była jeszcze bardziej realna i jeszcze bardziej nie na miejscu. Przyglądała się Eufemii tak, jakby czekała na nią od dawna.
Eufemia uniosła się na łokciu, ale zanim zdążyła zadać pierwsze pytanie, z bocznej uliczki dobiegł niski szept, tak głęboki, że aż zadrżała od niego ziemia. Korzenie drzew poruszyły się pod brukiem. Między domami zaczęły wyłaniać się blade kształty, świetliste i niewyraźne, jak ludzie widziani przez sen. Dziewczyna spojrzała w stronę starych drzwi prowadzących pod ziemię i nagle pobladła.
Drzwi pod miastem otworzyły się z przeciągłym skrzekiem, a z ciemności wypłynęło światło tak zimne, że Eufemia poczuła je na skórze jak dotyk.