Przez mgły Arkanii

Siedemnastoletni Eryk i Lena odkrywają nocą ukryte przejście, które może prowadzić do świata, gdzie magia łamie znane prawa.

Mgła przyszła nagle, jakby ktoś rozciągnął nad zamkiem Harven mokry całun i przyciszył nim cały świat. Eryk siedział na parapecie w najwyższej wieży z notatnikiem wciśniętym pod pachę i patrzył w ciemność, w której ginęły mury, dziedziniec i czarne czubki drzew. Letni wieczór ostygł do kości. W ciszy słychać było tylko skrzydła nocnych ptaków i własny oddech, zbyt głośny jak na kogoś, kto czekał na zakazaną wyprawę.

Kiedy zegar w wieży wybił północ, pod oknem zamajaczył cień. Lena wspięła się na niski mur, bez jednego zbędnego ruchu, i wsunęła przez szczelinę zwiniętą mapę. Miała rozwiane włosy, zmrużone oczy i ten sam upór, który od tygodni trzymał ich oboje przy jednym, coraz bardziej szalonym pomyśle.

"Masz to?" wyszeptała.

Eryk uniósł notatnik. Lena skinęła głową, jakby to wystarczało do uspokojenia nerwów, choć oboje wiedzieli, że jeśli ktoś ich nakryje, będzie po wszystkim. Nie chodziło już nawet o wymknięcie się z zamku. Chodziło o ruiny starej stajni na wzgórzu, miejsce, którego służba unikała po zmroku, a starsi w Harven omijali wzrokiem tak samo uparcie, jak milczeniem.

Od kilku tygodni działo się tam coś, czego nikt nie potrafił wyjaśnić. Nad polami migotały światła, niekiedy bladoniebieskie, niekiedy zielone, jakby noc miała własne, obce gwiazdy. Powietrze drżało czasem tak lekko, że zęby w szczęce Eryka reagowały wcześniej niż myśl. A księga, wyjęta z biblioteki w chwili, w której oboje przestali jeszcze wierzyć w ostrożność, nie pozostawiała wiele miejsca na wątpliwości. Między ruinami miało istnieć przejście. Tylko że żadne z nich nie wypowiedziało tego słowa na głos.

Schodzili po schodach bez pochodni, prowadzeni przez pamięć i echo. Zamek spał, lecz ten spokój był zdradliwy, napięty jak cienka nić. Na zewnątrz mgła pożarła drogę niemal od razu. Kamienie pod butami były śliskie, a każdy krok wydawał się zbyt donośny. Kiedy dotarli do ruin, Lena uniosła małą latarkę. Smuga światła przesunęła się po zawalonych belkach, po ścianach porośniętych wilgotnym bluszczem i po pęknięciach, w których zbierał się chłód.

Wtedy Eryk poczuł coś pod stopą.

Przystanął, schylił się i odgarnął warstwę mchu. Pod spodem leżała kamienna płyta, gładka jak wypolerowane szkło, a jednak starsza niż wszystko wokół. W jej powierzchnię wyryto znaki ostre i powykręcane, zupełnie niepodobne do liter z żadnej znanej mu księgi. Przez chwilę miał wrażenie, że symbole nie są martwe. Jakby tylko czekały, aż ktoś spojrzy na nie wystarczająco długo.

Lena przykucnęła obok, wyjęła z torby kawałek kredy i zaczęła ostrożnie kopiować znaki na margines mapy. Jej dłoń drżała tylko odrobinę. Eryk słyszał własne serce, głuche i szybkie, a potem coś jeszcze: cichy, przeciągły szmer, jakby mur oddychał.

Nagle mgła przed nimi rozjarzyła się od środka.

Najpierw była to ledwie smuga, potem pęknięcie światła między kamieniami. Z szczeliny w murze wypłynęła poświata tak obca, że przez sekundę Eryk nie umiał jej nazwać. Mieniła się barwami, których nie znał, drgała jak woda i ogień naraz, a wraz z nią do ruin wtargnął chłód, ostry i czysty jak oddech czegoś, co dopiero się budzi.

Lena odsunęła kredę.

Eryk uniósł wzrok i zobaczył, że światło rośnie.

Nie było już odwrotu.