Siedemnastoletnia Lena i jej brat bliźniak Oskar wchodzą do opuszczonego domu z kluczem znalezionym u babci. Stary zegar otwiera coś, czego nie da się cofnąć.
Stary dom na końcu ulicy od lat działał Lenie na nerwy. Stał krzywo za zdziczałym żywopłotem, z oknami tak ciemnymi, jakby ktoś od środka zasłonił je oddechem. W czerwcu, kiedy noce były krótkie i zbyt ciepłe, dom wydawał się jeszcze bardziej obcy.
Tego wieczoru ciekawość okazała się silniejsza niż rozsądek. Lena wymknęła się razem z Oskarem przez okno swojego pokoju, zostawiając za sobą ciszę domu i zwyczajne życie, które od tygodni i tak wydawało się zbyt ciasne. W kieszeni kurtki miała stary, zakurzony klucz znaleziony podczas porządków w bibliotece babci. Od chwili, gdy go zobaczyła, nie mogła przestać myśleć o tym, że coś wzywa ją właśnie tutaj.
Przeszli przez wysoką trawę bez słowa. Oskar co chwilę zerkał na ulicę, jakby spodziewał się, że zaraz ktoś zapali światło albo wyjdzie na ganek i zacznie krzyczeć. Lena też miała ochotę zawrócić, ale kiedy wsunęła klucz w zamek, metal ustąpił z cichym kliknięciem, jakby czekał od dawna.
Drzwi otworzyły się z przeciągłym jękiem. W środku unosił się kurz, lecz podłoga była niemal nienaturalnie czysta, jakby ktoś jeszcze niedawno chodził tędy boso. W powietrzu czuło się chłód, który nie pasował do letniej nocy. Każdy ich krok odbijał się echem za mocno, zbyt wyraźnie.
Oskar zatrzymał się pierwszy. W kącie salonu stał ogromny zegar. Nie miał wskazówek, za to całą tarczę pokrywały drobne znaki, a między nimi przesuwały się blade światła, jakby coś żyło pod szkłem. Lena podeszła bliżej. Gdy dotknęła jednego z symboli, przez jej palce przeszedł nagły dreszcz, a pokój jakby na ułamek sekundy przestał być stabilny.
Zegar odezwał się głębokim, gardłowym głosem: „Jeden klucz. Jedno przejście. Gotowi?”
Zanim zdołali cofnąć dłonie, powietrze pękło z cichym trzaskiem. Ściany rozdarły się na pasma światła, sufit zniknął, a pod nogami rozlał się wirujący kolor. Lena chwyciła Oskara za rękę, kiedy dom rozpłynął się wokół nich jak sen.
Kiedy ponownie otworzyła oczy, niebo miało barwę zielonego szkła. Pod nimi pulsowała podłoga złożona z tęczowych kręgów, a przed nimi wznosiło się miasto z kryształów i mostów zawieszonych nad pustką. W górze dryfowały wyspy, obracając się powoli jak fragmenty rozbitego świata.
Nie zdążyli nawet odetchnąć, kiedy obok nich pojawiła się postać w ciemnej pelerynie. Twarzy nie było widać. Tylko błysk czegoś srebrnego w miejscu, gdzie powinny być oczy.
„Czekaliśmy na was” - powiedziała cicho. - „Teraz musicie wybrać: wracacie czy idziecie dalej?”
Lena spojrzała na Oskara. Usta miała suche, serce biło jej tak mocno, że prawie nie słyszała własnych myśli. Już miała odpowiedzieć, gdy nagle...