Lena i Sławek wchodzą do opuszczonej kamienicy i znajdują drzwi, za którymi czas zaczyna zachowywać się nielogicznie, a granica między znanym i obcym niemal znika.
Lena od zawsze miała słabość do miejsc, które reszta miasta wolała omijać. Stare dzielnice działały na nią jak obietnica czegoś ukrytego pod warstwą kurzu, tynku i milczenia. Kiedy była dzieckiem, włóczyła się tam z uporem detektywa z taniej książki, wypatrując śladów rzeczy, które nie powinny istnieć. Teraz miała siedemnaście lat i dużo mniej czasu na takie wyprawy, ale tamta sobota przygniotła ją bardziej niż zwykle: kłótnia w domu, matura wisząca nad głową i to znajome wrażenie, że wszystko wokół robi się zbyt ciasne.
Sławek pojawił się pod sklepem na rogu Olchowej i Brzozowej z tym swoim irytująco spokojnym uśmiechem, jakby świat nie miał do niego żadnego dostępu. To on znalazł kamienicę. Albo raczej ją zauważył, bo budynek stał tam od dawna, zapadnięty między odnowione bloki, z wybitymi oknami i drzwiami wiszącymi na jednym zawiasie. Lena mijała go setki razy i nigdy nie weszła dalej niż na schody.
Tego dnia zrobiła to bez słowa sprzeciwu.
W środku pachniało wilgocią, starym drewnem i czymś metalicznym, jak po burzy, która nigdy nie spadła. Światło z telefonu Sławka ledwie przebijało się przez ciemność. Kurz unosił się w powietrzu i wirował w wąskim snopie, a każdy ich krok odbijał się głucho od ścian.
Dotknęła balustrady. Pod palcami poczuła chłód i pęknięty lakier. Na podłodze, pod gruzem i odpadającą farbą, błysnął fragment kafelka z niebieskim wzorem. Coś w tym miejscu było za bardzo zachowane, za bardzo czekało.
Zeszli do piwnicy.
Tam powietrze zmieniło się natychmiast. Stało się cięższe, chłodniejsze, jakby ktoś otworzył drzwi do wnętrza lodu. Korytarz ciągnął się w głąb budynku, prosty i nienaturalnie równy, a im dalej szli, tym bardziej Lena miała wrażenie, że dźwięki gasną zanim zdążą wybrzmieć. Nawet ich oddechy brzmiały obco.
Przed żelazną bramą zatrzymali się jednocześnie.
W cegłach wokół framugi wyryto znaki, których Lena nie potrafiła odczytać. Nie przypominały żadnego alfabetu, jaki znała, a jednak układały się w rytm, w coś pomiędzy geometrią a zapisem nutowym. Latarka Sławka drgnęła, gdy przesunął nią bliżej, i wtedy zza bramy wyłoniły się drzwi. Stare, ciemne, pokryte cienkimi odłamkami szkła, które łapały światło i rozszczepiały je na blade, niespokojne błyski.
Sławek nie odpowiedział od razu. Przez chwilę tylko patrzył, a potem jego twarz stężała.
Klamka była lodowata. Lena zacisnęła na niej palce i poczuła opór, jakby po drugiej stronie ktoś trzymał drzwi równie mocno jak ona. Dopiero po chwili ustąpiły z przeciągłym, suchym jękiem.
Za nimi nie było kolejnej piwnicy.
Rozciągał się tam korytarz zupełnie inny od wszystkiego, co widzieli przed chwilą. Ściany połyskiwały matowym blaskiem, jakby były z metalu albo mokrego kamienia. Powietrze drżało, a światło latarki Sławka rozpływało się w nim i słabło, zamiast oświetlać drogę. Lena zrobiła krok do przodu i poczuła, że czas się rozciąga, że każdy ruch trwa odrobinę za długo, jakby przestrzeń nie nadążała za ich ciałami.
Z mroku zaczęły wyłaniać się postacie. Półprzezroczyste, rozmyte, bez twarzy, ale wyraźnie obecne. Nie wyglądały groźnie. To było gorsze. Stały nieruchomo, jakby od początku wiedziały, że ktoś w końcu wejdzie.
Za ich plecami rozległ się cichy trzask.
Lena odwróciła się gwałtownie. Drzwi zamknęły się same, a telefon Sławka zgasł w tej samej chwili, jakby ktoś przeciął ostatnią nić światła. W ciemności odezwał się jeszcze jeden dźwięk - powolny, chłodny szept, którego nie dało się zrozumieć, ale który brzmiał jak czyjeś imię wypowiedziane z bardzo daleka.