Ela i Maks trafiają do piwnicy opuszczonego domu i odkrywają drzwi, których nie powinno tam być. Po ich drugiej stronie czeka świat, który nie wygląda na pusty.
Ela przepchnęła się przez wysokie trawy i pokrzywy, które zarosły ogród przy starym domu. W lipcowym upale powietrze drżało nad ziemią, a z wybitych okien patrzyła na nich ciemność. Dom na końcu ulicy od lat stał pusty, więc właśnie dlatego wydał się Eli idealnym miejscem na letnią wyprawę.
Maks szedł kilka kroków za nią i co chwilę zerkał przez ramię.
– Naprawdę musimy tam wchodzić? – zapytał po raz trzeci.
– Przecież tylko zobaczymy, co jest w środku – odparła Ela i mocniej ścisnęła latarkę.
Rozchwierutane drzwi skrzypnęły tak głośno, jakby ktoś w środku narzekał na ich wizytę. W powietrzu unosił się zapach kurzu, starych desek i czegoś jeszcze, czego Ela nie umiała nazwać. Pod butami zaskrzypiała podłoga, a pajęczyny przykleiły się do framugi i rękawów.
– Nikogo tu nie ma – szepnęła, choć bardziej chciała w to uwierzyć niż naprawdę to wiedzieć.
Na końcu korytarza odnalazła wąskie schody prowadzące w dół. Były strome i mokre od chłodu, a każdy stopień jęczał cicho pod ciężarem ich stóp. Maks szedł ostrożnie, trzymając się ściany.
– Jeśli coś tu wyskoczy, to ja wracam pierwszy – mruknął.
– Jeśli coś wyskoczy, to najpierw to zobaczymy – powiedziała Ela, choć sama poczuła nieprzyjemny dreszcz.
Piwnica była większa, niż się spodziewała. Pośrodku stały przewrócone krzesła, zardzewiały rower bez jednego koła, kilka skrzyń i sterty książek w miękkich, rozmokłych okładkach. Latarka wycinała z mroku tylko małe wyspy światła. Reszta tonęła w ciemności.
Mijali wielkie lustro oprawione w ciemne drewno, gdy Ela usłyszała cichy trzask. Zatrzymała się tak gwałtownie, że Maks niemal na nią wpadł.
– Słyszałeś?
– Pewnie szczury – odpowiedział, ale jego głos zabrzmiał znacznie ciszej niż przed chwilą.
Ela obróciła się w stronę rogu piwnicy. Za stosami książek coś połyskiwało. Nie złoto, nie srebro. Zieleń. Tak intensywna, że aż nierzeczywista.
Podeszła bliżej i odsunęła jedną ze skrzyń. Za nią stały drzwi. Nie zwykłe, spróchniałe drzwi jak reszta w tym domu, tylko gładkie, lśniące, jakby ktoś odlał je ze szkła i zamknął w środku szmaragdowe światło. W miejscu klamki była tylko mała, okrągła wgłębka. Wokół framugi wiły się blade smugi, miękkie jak dym, ale poruszały się zbyt równo, żeby były zwykłym dymem.
– To nie powinno tu być – wyszeptał Maks.
Ela też to wiedziała. A jednak nie potrafiła się cofnąć. Wyciągnęła rękę. Gdy dotknęła chłodnej powierzchni, po drugiej stronie coś lekko odpowiedziało, jakby drzwi oddychały. Zielone światło przygasło, po czym nagle rozbłysło mocniej.
Drzwi uchyliły się bezszelestnie.
Z wnętrza buchnęło jasne światło tak silne, że Ela musiała zmrużyć oczy. Przez chwilę widziała tylko białą poświatę, a potem coś zaczęło się w niej wyłaniać: las z liśćmi w kolorze błękitu, wysoki, obcy i cichy; niebo przecięte przez dwa księżyce; oraz ścieżka, która znikała między drzewami.
Maks chwycił ją za rękaw.
– Ela…
Z głębi tego niezwykłego miejsca dobiegł niski, przeciągły dźwięk. Nie brzmiał jak wiatr. Nie brzmiał jak zwierzę.
Ela zrobiła krok naprzód. Za progiem coś poruszyło się w błękitnym lesie i na moment błysnęły dwa jasne punkty, jak oczy skierowane prosto na nich.