Puchaty Miś z leśnego domku spotyka zielonego kosmicznego podróżnika i rusza w lot na Księżyc. Po drodze trafiają na kłopoty, które robią się coraz dziwniejsze.
W samym środku gęstego lasu stał mały, przytulny domek, a w nim mieszkał Puchaty Miś. Wieczorami kładł się na plecach na miękkim dywaniku z mchu i gapił się w niebo. Gwiazdy świeciły tak mocno, że aż chciało mu się wstać i sprawdzić, czy Księżyc naprawdę jest tak blisko, jak wygląda.
Pewnej nocy zobaczył coś jeszcze. Na polanie, tuż obok domku, coś cicho zaszumiało, zamrugało i wylądowało z lekkim plaskiem. To był mały, okrągły statek, a z niego wyskoczył zielony stworek w srebrnym kombinezonie. Miał tak zdenerwowaną minę, że prawie zgubił swoje trzy guziki.
Puchatemu Misiowi aż zakręciło się w nosie z emocji. Księżyc był właśnie tym, o czym marzył od dawna. Skinął więc głową i wszedł do środka statku. Na ścianie wisiała mapa nieba, tak poplątana, że wyglądała jak szalik po nieudanym praniu. Zielony podróżnik wskazywał świecące punkty, a Miś łapał za stery z największą powagą, na jaką było go stać.
I wtedy przed szybą mignęło coś płonącego.
Potem drugie.
A potem całe stado kometek, które pędziły prosto na nich, skręcając, wirując i błyskając jak rozgniewane iskry. - Trzymaj się mocno! - krzyknął Puchaty Miś, gdy statek szarpnął tak nagle, że zielony stworek wydał z siebie cienkie: - Ojej! - i na samym końcu nieba rozbłysło coś ogromnego, białego i zupełnie nieznanego.