Przypadek w starym zegarze

Milenka i Leon odkrywają zegar, który nie tylko odmierza czas, ale otwiera drogę do obcej epoki. Gdy ktoś z ich świata pojawia się po drugiej stronie, powrót przestaje być oczywisty.

Od chwili, gdy Milenka wprowadziła się z Leonem do starej kamienicy przy ulicy Cichej, miała wrażenie, że mieszkanie oddycha własnym rytmem. Deski w korytarzu jęczały bez powodu, w ścianach coś cicho stukało, a stojący w salonie zegar z ciemnego drewna zachowywał się tak, jakby nie należał do tego domu. Czasem jego wskazówki cofały się o minutę, dwie, jakby ktoś po drugiej stronie tarczy poprawiał ich położenie.

Leon uznał to za najlepszą rzecz na świecie.

Przez kilka dni próbował wszystkiego. Przyklejał ucho do obudowy, opukiwał ją knykciami, naciskał mosiężne ozdoby, przekręcał wskazówki na wszystkie strony. Zegar odpowiadał mu wyłącznie ciężkim, suchym tykaniem. Milenka śmiała się z jego uporu, ale za każdym razem, gdy mijała go wieczorem, miała wrażenie, że ciemna tarcza śledzi ją w milczeniu.

Tego wieczoru burza przycisnęła miasto do ziemi. Wiatr uderzał w okna z taką siłą, jakby ktoś na zewnątrz chciał się do nich dostać, a światło w salonie co chwila gasło i wracało, rozlewając po ścianach blade, nerwowe cienie. Milenka siedziała pod kocem z książką, ale od dawna nie śledziła już słów. Słuchała tylko deszczu i zegara.

Nagle drzwi do pokoju rozwarły się z trzaskiem.

Leon wpadł do środka, rozczochrany, z twarzą rozpaloną od ekscytacji.

– Milenka, chodź szybko. Coś się dzieje.

Już po jego głosie wiedziała, że tym razem nie żartuje. Odłożyła książkę i poszła za nim, czując narastający niepokój. Leon stał tuż przed zegarem, nieruchomy jak przed sceną, na którą nie powinno się wchodzić bez zaproszenia.

– Patrz – wyszeptał.

Za szybą, głęboko w środku obudowy, coś świeciło. Najpierw ledwie, jak oddech gasnącej latarki. Potem mocniej, aż w salonie pojawiła się fioletowa poświata, zimna i nienaturalna. Światło nie odbijało się od szkła. Ono z niego wypływało.

Milenka podeszła bliżej. Na tarczy, jeszcze przed chwilą zwyczajnej i popękanej, pojawiły się znaki, których nie znała. Drobne, wygięte symbole biegły wokół cyferblatu jak zapis obcego alfabetu. Kilka z nich pulsowało, jakby czekały na dotyk.

– To wcześniej tego nie było – powiedziała cicho.

Leon przełknął ślinę, ale nie odsunął ręki.

– Może trzeba coś ustawić.

– Leon, nie.

Było już za późno.

Chłopak dotknął jednego z symboli i przekręcił wskazówkę o ułamek obrotu. Zegar odpowiedział natychmiast. Najpierw rozległ się niski dźwięk, głęboki jak uderzenie w pusty dzwon. Potem powietrze w salonie zgęstniało, a płomień lampki na stole wydłużył się i zafalował. Ściany zaczęły wirować, jakby pokój był jedynie cienką powłoką, która za chwilę ma pęknąć.

Milenka chwyciła Leona za rękę.

Podłoga przechyliła się pod ich stopami. Fioletowe światło wystrzeliło z tarczy zegara i wypełniło cały salon, ślizgając się po meblach, po oknie, po ich twarzach. Zniknęły dźwięki burzy. Zniknął deszcz. Zniknęło wszystko oprócz nagłego, ostrego wrażenia spadania.

A potem ciemność pękła.

Stali na środku wąskiej, brukowanej ulicy, pod niskim niebem ciężkim od dymu i mgły. Wokół nich przesuwał się tłum ludzi w długich płaszczach, kapeluszach i sukniach, a między nimi turkotały powozy zaprzężone w konie. Z okien kamienic zwisały szyldy z wyblakłymi literami, a z oddali dobiegał metaliczny dźwięk młota o kowadło.

To nie był ich świat.

Milenka zamarła, zaciskając palce na dłoni brata.

– Musimy znaleźć zegar i wrócić – szepnęła.

Leon rozejrzał się nerwowo, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że wszystkie jego zabawy właśnie przestały być zabawą.

– Tylko gdzie on jest?

Odpowiedzi nie usłyszeli. Zamiast niej z bocznej uliczki wyszła wysoka postać w ciemnej pelerynie. W jednej dłoni trzymała błyszczące, mosiężne wahadło.

To było wahadło z ich zegara.

Nieznajomy zatrzymał się kilka kroków przed nimi i uniósł głowę.

– Szukacie drogi powrotnej? – zapytał.

Milenka poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Wahadło w jego dłoni poruszyło się samo, choć nikt go nie dotknął.

A potem gdzieś za ich plecami rozległ się znajomy, ciężki dźwięk tykającego zegara.