Michał i Hania odkrywają, że zginęły kluczyki do domowego teleportera. Zostaje po nich tylko trop, który prowadzi do serii coraz dziwniejszych wskazówek.
Michał siedział w kuchni nad kawą, która zdążyła już wystygnąć trzy razy, kiedy Hania wpadła do środka z miną człowieka, który właśnie odkrył, że rzeczywistość ma dziś wobec niego osobiste plany.
– Michał, mam pytanie życia i śmierci – oznajmiła, opadając na krzesło z teatralnym ciężarem. – Kto ukradł kluczyki do teleportera?
Michał zakrztusił się kawą. Rodzinny teleporter stał w piwnicy jak połyskujący, przesadnie pewny siebie przedmiot z czasów, kiedy tata uznał, że zwykłe podróże są dla ludzi bez ambicji. Dzięki niemu można było wyskoczyć po lody do Paryża, wrócić z Australii z kubkiem po herbacie dla babci i jeszcze zdążyć na obiad. O ile miało się kluczyki. Bez nich chromowane drzwiczki były równie użyteczne jak sejf z namalowanym sercem.
– Były w słoiku po ogórkach – powiedział Michał, już wstając od stołu. – Zawsze były w słoiku po ogórkach.
– Właśnie. I teraz słoik jest pusty. A na pokrywce ktoś zostawił strzałkę i napis „SZUKAJ” pisanego z taką pewnością, jakby to był pomysł stulecia.
Oboje spojrzeli na siebie, w połowie rozbawieni, w połowie zaniepokojeni. Tego samego ranka wszystko wydawało się jeszcze zwykłe. Tata zniknął do pracy przy jakimś absurdalnym projekcie przenoszenia wieży Eiffla, mama zamknęła się z książką o gotującym magu, a Filemon spał na parapecie, udając niewinną mieszaninę kota i ryby. Od czasu mutacji w teleporterze wydawał z siebie podejrzane bulgoty i zostawiał po sobie mokre, srebrne łuski, ale nikt w domu nie miał już siły się tym przejmować.
– To nie Filemon – mruknęła Hania, jakby kot mógł się obrazić przez samą sugestię. – On dziś nie ma nawet energii, żeby ukraść własny ogon.
Michał skinął głową, choć od razu pomyślał o babci. Babcia od rana uśmiechała się dziwnie, jak ktoś, kto wie więcej, niż powinien, i zerkała na zegarek dokładnie wtedy, gdy wskazówki zbliżały się do 13:13.
Zeszli do piwnicy. Słoik po ogórkach stał na półce jak dowód rzeczowy, ale teraz pod nim leżał nowy liścik, którego wcześniej na pewno tam nie było. Michał podniósł kartkę. Na papierze, napisanym grubym, pośpiesznym pismem, widniało tylko jedno zdanie:
„Patrz pod schodami”.
Spojrzeli pod schody jednocześnie.
Tam, w cieniu, ktoś zostawił kolejną kartkę. I zanim Michał zdążył ją podnieść, usłyszał ciche, metaliczne kliknięcie dochodzące z głębi piwnicy, jakby teleporter właśnie sam postanowił się obudzić.