Kasia i Michał trafiają w piwnicy starej willi na artefakt, który nie powinien działać. Jedno dotknięcie uruchamia skok poza ich czas i spotkanie z kimś, kogo nie powinni zobaczyć.
Od kiedy rodzina Kasi wprowadziła się do ponadstuletniej willi na obrzeżach miasta, dom nie dawał im spokoju. W ścianach trzaskało nocą drewno, w korytarzach długo zostawał chłód, a piwnica wyglądała tak, jakby ktoś zamknął w niej cudze sekrety i zapomniał po nie wrócić.
Tego wieczoru wiatr obijał gałęzie starych dębów o dach, kiedy Michał znowu pojawił się u Kasi z tą swoją miną człowieka, który już wie, że powinien odpuścić, ale i tak zejdzie niżej. Oboje mieli dziewiętnaście lat, studiowali informatykę i mieli na koncie zbyt wiele bezsennych nocy spędzonych nad rzeczami, których nie dało się wyjaśnić zwykłym algorytmem. Kasia od paru dni nie mogła przestać myśleć o piwnicy. O pudłach, o starych zakamarkach, o czymś, co odzywało się tam czasem metalicznym stukiem, jakby pod domem pracował niewidzialny mechanizm.
Po kolacji zeszli po skrzypiących schodach. Każdy stopień odpowiadał sucho i nerwowo, jakby sam budynek protestował przeciw ich obecności. W piwnicy pachniało wilgocią, kurzem i czymś jeszcze, bardziej ostrym, jak zardzewiałe żelazo po deszczu. Przy murze, częściowo zasłoniętą starymi workami, Kasia dostrzegła skrzynię. Była ciężka, czarna od czasu, z wypolerowaną płytką na wieku. Wyryto na niej łacińskie słowa: Tempus non revertitur.
Kasia uniosła telefon i po chwili znalazła tłumaczenie.
Czas nie wraca.
Michał pochylił się nad zamkiem. Nie był zwykły; zbyt precyzyjny, zbyt gładki, jakby nie pasował do reszty tej wilgotnej nory. Gdy wsunął w szczelinę śrubokręt, metal drgnął pod jego palcami, a potem puścił z cichym kliknięciem, którego oboje aż za dobrze usłyszeli. W skrzyni leżał obły przedmiot, wielkości dużego zegarka, ale znacznie bardziej skomplikowany: pierścień wskazówek, cienkie przewody, mikroskopijne symbole i rząd przycisków wtopionych w matową obudowę. Na małym ekranie pulsowały daty: 2032, 1997, 1492...
Kasia wstrzymała oddech.
Nie zdążyła nawet cofnąć ręki. Jedno z pól rozbłysło chłodnym, białym światłem, a jej palec odruchowo nacisnął przycisk. Przez ułamek sekundy panowała absolutna cisza. Potem piwnica zwinęła się wokół nich jak przewrócony obraz. Ściany rozmyły się, podłoga zniknęła, a powietrze przeciągnęło ich przez ciało tak gwałtownie, że Kasia poczuła smak metalu w ustach.
Kiedy odzyskali równowagę, kurz już nie drażnił gardła. Zamiast wilgotnej piwnicy usłyszeli szum ulicy, hamujące auta i obce, nakładające się na siebie głosy. Stali pośrodku miasta, które wyglądało znajomo tylko przez pierwszą sekundę. Potem wszystko zaczęło się sypać: samochody o zbyt gładkich liniach, drony zawisłe nieruchomo nad skrzyżowaniem, billboardy pulsujące hologramami tak jasnymi, że bolały od nich oczy.
Kasia ścisnęła dłoń Michała tak mocno, aż poczuła, że drży mu nadgarstek.
Michał nie odpowiedział. Patrzył przed siebie z twarzą bledszą niż papier, z urządzeniem w zaciśniętej pięści. Mechanizm nadal cicho brzęczał, jakby był zadowolony z siebie.
Wtedy zobaczyli ich po drugiej stronie przejścia.
Siebie.
Starszych. O wiele spokojniejszych. Idących wprost ku nim, jakby to spotkanie było umówione od dawna.
I niemal natychmiast z głośnika ukrytego w latarni nad chodnikiem odezwał się beznamiętny głos: