Trójka przyjaciół wraca do opuszczonej rezydencji na skraju lasu, gdzie każdy cień wydaje się skrywać cudzą obecność. W środku czeka na nich coś, czego nie przewidzieli.
Wąska ścieżka, usypana białymi kamykami, przecinała pustą polanę i prowadziła prosto do żelaznej bramy. Za nią, w mroku, majaczyła rezydencja, której okna wyglądały jak czarne, ślepe oczy. Mieszkańcy okolicznych domów omijali to miejsce po zmroku szerokim łukiem. Lena, Igor i Patryk przyszli właśnie wtedy, gdy las zaczynał gęstnieć od cieni.
Nie byli tu pierwszy raz, ale tego wieczoru wszystko wydawało się bardziej napięte. Lena zaciskała w dłoni mały klucz znaleziony w starym kufrze jej dziadka. Igor poprawiał pasek aparatu, jakby od tego zależało jego spokój. Patryk trzymał latarkę zbyt mocno, zdradzając nerwy, których nie chciał okazać.
Nad dachem wisiał księżyc, przecięty cienką chmurą. Wyglądał, jakby ktoś pęknięciem rozciął go na pół.
– Teraz albo nigdy – szepnęła Lena.
Patryk nacisnął na bramę. Metal jęknął tak głośno, że wszyscy zamarli, ale zardzewiałe skrzydło ustąpiło bez oporu. Ruszyli przez zdziczały ogród. Chwasty sięgały im niemal do kolan, a powietrze było ciężkie od wilgoci, starego drewna i czegoś jeszcze, czego Lena nie umiała nazwać.
Kiedy podeszli do drzwi, Igor nagle podniósł aparat.
– Widzieliście to?
Na piętrze błysnęło żółte światło. Jedno, krótkie, jakby ktoś zapalił lampę i natychmiast ją zasłonił. Po chwili okna znów były ciemne.
Lena nie odpowiedziała. Wsunęła klucz do zamka. Metal zaskrzypiał, jakby nikt nie otwierał tych drzwi od lat. Potem zamek puścił, a skrzydło powoli uchyliło się do środka.
Wewnątrz panował chłód i ciemność, lecz z głębi domu dobiegał inny dźwięk. Głuche, powolne kroki schodziły po schodach, jeden po drugim, coraz bliżej wejścia.