Kiedy wszedłem do szkoły, wszystko ucichło. Uczniowie maszerowali równo jak maszyny, a mój najlepszy przyjaciel Olek miał metalową głowę i świecące oczy.
Jak każdego ranka szedłem do szkoły wolnym krokiem, z plecakiem ciężkim od książek i kanapek z serem, które mama zapakowała mi do śniadania.
Nic nie zapowiadało kłopotów. A potem przekroczyłem próg i od razu poczułem, że coś jest nie tak.
Za cicho. Za równo. Za metalicznie.
Korytarz, zwykle pełen śmiechu, trzaskających szafek i pisków butów, teraz brzmiał jak wnętrze wielkiej maszyny. Zamiast zwykłego szkolnego hałasu słyszałem tylko ciche bzyczenie i równy stukot kroków.
Rozejrzałem się powoli. Uczniowie szli w idealnych odstępach, bez rozmów, bez przepychania się, bez ani jednego spojrzenia w bok. Ich głowy błyszczały srebrno jak nowe garnki. Z plecaków wystawały antenki. Zamiast oczu mieli zielone lampki, które mrugały w tym samym rytmie.
Przełknąłem ślinę i podszedłem do Olka, mojego najlepszego kolegi.
— Olek? — szepnąłem.
Zatrzymał się, jakby ktoś nacisnął przycisk pauzy. Potem jego metalowa ręka zaskrzypiała i uniosła się sztywno w stronę sali numer 12.
— LEKCJE. ROZPOCZYNAJĄ. SIĘ. TERAZ. — powiedział bez cienia emocji.
Cofnąłem się o krok.
To nie była zwykła głupia zabawa. To nie wyglądało też na żaden szkolny apel ani żart nauczycieli. Coś naprawdę przejęło całą szkołę.
Tylko ja nadal byłem sobą.
I właśnie wtedy spod drzwi sali numer 12 dobiegł mnie cichy głos, który znałem aż za dobrze:
— Nie wchodź tam, jeśli nie chcesz zostać następny.