Lief, Astrid i Gunn znajdują na brzegu kamień z runami jarla Sigurda. Gdy znaki zaczynają świecić, a w burzy pojawia się tajemnicza ścieżka, rodzeństwo musi zdecydować, czy ruszyć w mrok.
Sztorm przewalał się nad fiordem jak rozgniewany olbrzym. Wiatr szarpał dachy w Nordheim, a morze waliło o skały tak mocno, jakby chciało wgryźć się w sam brzeg. Wszyscy wioszczanie siedzieli już w długim domu przy ogniu, tylko troje dzieci wymknęło się w ciemność.
Lief szedł pierwszy, z mokrymi od deszczu rudymi włosami przyklejonymi do czoła. Astrid trzymała się blisko jego ramienia, nie spuszczając wzroku z fal rozbijających się o klif. Gunn dreptał za nimi, zbyt mały, by wyglądać odważnie, ale zbyt uparty, by zawrócić.
– Jeśli matka nas złapie, nie pomoże nawet to, że ja byłem pomysłem Astrid – szepnął.
– To nie był mój pomysł – syknęła Astrid. – To Lief usłyszał ten huk i musiał tu przyjść.
Lief nie odpowiedział od razu. Zatrzymał się dopiero przy niskim, poszarpanym klifie, gdzie piasek był rozorany przez wodę i wiatr.
– Słyszeliście? – spytał cicho.
Przez chwilę wszyscy słuchali tylko burzy. Potem Gunn wskazał miejsce tuż pod urwiskiem.
– Tam coś jest.
Z piasku wystawał kamień, ciemny i gładki, jakby morze samo go wypolerowało. Astrid uklękła i odsunęła mokry piach dłonią. Na powierzchni kamienia pojawiły się wyraźne runy, stare i głębokie, wycięte pewną ręką.
– To znak Jarla Sigurda – wyszeptał Lief.
Zawsze opowiadano o nim w Nordheim półgłosem: o wielkim wojowniku, który zniknął na morzu razem ze swoim statkiem. Nikt nie wiedział, co zabrał ze sobą, a czego nie zdążył ukryć.
Astrid otarła ostatnie ziarenka piasku. W tej samej chwili runy mignęły bladoniebieskim światłem.
Gunn cofnął się tak gwałtownie, że aż wpadł na Liefa.
– Widzieliście to?!
Światło zapulsowało jeszcze raz, mocniej, jakby kamień oddychał pod ich palcami. Lief pochylił się bliżej, ale wtedy zarośla nad ścieżką zaszeleściły cicho.
Ktoś tam był.
Rodzeństwo zastygło. Nawet burza jakby ucichła na jedną krótką chwilę. Wtedy błyskawica przecięła niebo, oświetlając wąską ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. Jeszcze przed momentem nie było tam nic prócz mokrych korzeni i ciemnych pni.
Teraz ścieżka czekała.
A kamień Jarla Sigurda świecił coraz jaśniej.