Einar i Freja schodzą na skute lodem nabrzeże Skjoldu, by sprawdzić mapę prowadzącą do zapomnianego doku. Pod lodem budzi się coś, co nie powinno już istnieć.
Wiatr ciął twarz Einara tak ostro, jakby sam chciał zawrócić go z drogi. Wspinając się na wzgórze nad zamarzniętą zatoką, musiał mrużyć oczy, bo śnieg smagał je drobnymi igłami. Futrzany płaszcz nie dawał prawie żadnej osłony, a dłonie drętwiały mu mimo skórzanych rękawic. Obok szła Freja, pewnym krokiem stawiając buty w ubitym śniegu. Czerwony warkocz wystawał jej spod wilczej czapy, a twarz miała napiętą, skupioną.
Pod nimi leżała osada Skjoldu. Opuszczona od lat, jak mówiły stare kobiety przy ogniu, kiedyś była sercem tego wybrzeża: przystanią dla drakkarów, miejscem, gdzie wracały łupy, a wraz z nimi plotki, pieśni i cudze przekleństwa. Teraz zostały tylko omszałe pale, krzywe pomosty i dachy przygniecione śniegiem. Nawet w dzień panowała tu dziwna cisza, nie taka zwykła, lecz ciężka, jakby coś pod lodem wstrzymywało oddech.
Einar zerknął na zwinięty pergamin schowany pod skórzanym paskiem przy pasie. Fragment mapy znaleziony w skrzyni po babce nie dawał mu spokoju od wielu nocy. Prowadził właśnie tutaj, do najstarszego doku, tam gdzie według run miało być wejście do czegoś ukrytego głębiej niż zwykła komora na zapasy.
— Jeszcze możesz wrócić — mruknęła Freja, nie zwalniając.
— Ty też — odparł.
Spojrzała na niego krótko, a potem parsknęła cicho.
— Nie po to tu przyszłam, żeby udawać tchórza.
Zeszli ze ścieżki na stary pomost. Mokre deski uginały się pod ich ciężarem i co chwila odpowiadały głuchym jękiem. Pod stopami lód trzeszczał nieprzyjemnie, jakby coś ogromnego przesuwało się daleko pod jego powierzchnią. Einar zacisnął szczękę i przyspieszył, aż dotarli do miejsca, które na mapie zaznaczono ciemnym znakiem.
W śniegu tkwiła żelazna klapa. Prawie niewidoczna, wtopiona w grunt, zarośnięta rdzą i obrysowana starymi, wyślizganymi runami.
Freja uklękła przy niej i przetarła palcami metal. — To staromowa — szepnęła. — Tu jest coś jeszcze. Coś, czego nie powinno się otwierać.
Einar odwrócił głowę, bo nagle poczuł na karku nieprzyjemny chłód. Rozejrzał się po pustym nabrzeżu. Między palami pomostu i wrakami łodzi nie poruszało się nic, a jednak miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje.
Wtedy spod klapy dobiegł ich dźwięk. Głęboki, metaliczny, jak przesuwany łańcuch. Lód pod ich butami zaskrzypiał i popękał cienką siatką.
Freja poderwała głowę. — Einar...
Klapa drgnęła. Raz. Drugi.
Potem zaczęła się podnosić, ciężko i powoli, jakby pod ziemią pracowały niewidzialne dłonie. Z wnętrza buchnęło lodowate powietrze, a spod ciemności wystrzelił blady błękitny blask, tak zimny, że aż bolały od niego oczy.
Einar cofnął się o krok. Z głębi podziemnego doku dobiegł cichy, przeciągły ton, podobny do pieśni słyszanej przez grubą warstwę lodu.
Freja ścisnęła pergamin tak mocno, że pobielały jej knykcie.
I właśnie wtedy coś poruszyło się w ciemności pod ich stopami.