Wyprawa przez Mgielną Zatokę

Ivar, Sigrun i Runar znajdują tajemniczą mapę i wypływają w Mgielną Zatokę, gdzie w mgle czekają śpiew, obca łódź i coś, co nie powinno istnieć.

Wiatr wciskał się między klify, świszczał w szczelinach skał i gniotł mgłę nad wodą jak dym nad ogniskiem. Mgielna Zatoka od zawsze budziła w Skalmholt niepokój, ale tego dnia Ivar, Sigrun i Runar patrzyli na nią z czymś zupełnie innym niż strach.

Skalmholt leżało na północnym brzegu wielkiej wyspy. Dachy chat porastała darń, między domami suszyły się sieci, a na piasku leżały łodzie wyciągnięte po porannym połowie. Ivar miał dwanaście lat i głowę pełną planów, których nie zdradzał nikomu, dopóki sam nie uznał, że wszystko działa jak trzeba. Sigrun, jego rówieśniczka, trafiała z łuku lepiej niż wielu starszych chłopaków i nie rozstawała się ze swoimi sokołami. Runar miał dziesięć lat i zawsze nosił przy pasie kij, który w jego opowieściach zmieniał się w topór, włócznię albo magiczną laskę.

Tego ranka znaleźli coś, co nie powinno tam leżeć. Między deskami ściany w chacie dziadka Ivara tkwiła stara mapa, złożona tak starannie, jakby ktoś chciał ją ukryć przed całym światem. Papier był pożółkły i szorstki, a linie na nim wiły się i przecinały, jakby rysował je ktoś, kto bardziej ufał pamięci niż ręce. Na środku widniała Mgielna Zatoka, a w jej wnętrzu okrąg otoczony znakami, których nikt z nich nie umiał odczytać.

Na mapie było też kilka łodzi. Wszystkie podobne do zwykłych drakkarów, tylko jedna różniła się od reszty. Jej dziób był dłuższy, a wokół kadłuba narysowano cienkie, dziwne linie, jakby łódź poruszała się sama, bez wioseł i bez wiatru.

Runar pierwszy wziął głębszy oddech.

Sigrun pochyliła się nad mapą, mrużąc oczy.

Ivar nie odpowiedział od razu. Palcem śledził krzywe znaki wokół zatoki, aż poczuł to znajome ukłucie w brzuchu, które przychodziło zawsze wtedy, gdy coś naprawdę go ciekawiło.

Po południu wymknęli się z wioski, zanim ktoś zdążył ich zatrzymać. Wzięli najmniejszą łódź Runara, tę od krabów, niską i zwrotną, ale dobrą tylko na spokojniejszą wodę. Do torby wrzucili suszoną rybę, kawałek chleba i cebulę, a Sigrun zabrała łuk i kołczan. Mgła osiadała im na włosach i ubraniach, a fale pod dziobem wydawały ciche, ciężkie pluski.

Początkowo płynęli jeszcze w dobrym nastroju. Runar opowiadał, że w zatoce na pewno ukrywa się zaklęty skarb, Ivar udawał, że tylko sprawdza kurs, a Sigrun śmiała się z ich wymyślonych potworów. Lecz im dalej wpływali w Mgielną Zatokę, tym bardziej dźwięki z wioski znikały, a ich własne głosy brzmiały obco i cienko.

Wtedy usłyszeli śpiew.

Nie był głośny. Raczej sączył się z mgły, niski i przeciągły, jakby ktoś nucił starą pieśń tuż nad powierzchnią wody. Nie było w nim słów, tylko rytm, który wchodził pod skórę i nie dawał spokoju.

Ivar uniósł wiosło, żeby zwolnić, ale nagle ostrze zahaczyło o coś twardego. Łódź szarpnęła się gwałtownie.

Mgła rozstąpiła się na chwilę i wszyscy troje zobaczyli kształt w toni. Ogromna łódź, większa niż jakakolwiek, jaką widzieli w Skalmholt, spoczywała nieruchomo pod powierzchnią, ciemna i milcząca jak zatopiona skała. Obok niej unosiła się srebrna tarcza, połyskująca bladym blaskiem, choć słońce dawno zniknęło za chmurami.

Sigrun już miała napiętą cięciwę, Runar ścisnął kij tak mocno, że pobielały mu knykcie, a Ivar pochylił się do przodu, nie mogąc oderwać wzroku od dziwnej tarczy.

Wtedy tuż obok rozległ się plusk.

Z mętnych fal wynurzyła się...