Na pustym korytarzu uczelni Adam znajduje przy sali 213 wiadomość i klucz. Kiedy dołączają Magda i Olek, zwykły wieczór zaczyna przypominać coś znacznie bardziej niepokojącego.
Korytarze uczelni były prawie martwe, kiedy Adam wyszedł z wieczornego wykładu. Nad głową drżały świetlówki, a ich blade światło wycinało z mroku kolejne odcinki pustej, długiej galerii. Miał w głowie tylko egzamin za dwa dni i tę zmęczoną, nieprzyjemną pewność, że znów nie zdąży ze wszystkim.
Minął salę 213 po raz kolejny w tym semestrze, nawet na nią nie patrząc. Tym razem jednak zatrzymał się w pół kroku. Na tablicy ogłoszeń, między wyblakłymi kartkami i starymi wzorami, ktoś dopisał świeżo, grubym markerem: „Nie otwieraj drzwi po północy. Nigdy.” Obok, przypięty jednym spinaczem, wisiał mały klucz owinięty czerwoną nicią.
Adam podszedł bliżej. Litery były nierówne, jakby ręka pisała w pośpiechu albo w ciemności. Odsunął się od tablicy i zajrzał przez wąską szybkę w drzwiach sali 213. W środku panował gęsty, zupełny mrok, taki, który nie wyglądał jak zwykły brak światła, tylko jak coś, co celowo niczego nie oddaje.
Wtedy z końca korytarza nadchodzili Magda i Olek, wracając ze spotkania koła naukowego. Zobaczyli go przy drzwiach i od razu przyspieszyli. Magda pierwsza przeczytała napis, a na jej twarzy pojawił się cień niepokoju.
Zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć coś więcej, na drugim końcu korytarza rozległ się pojedynczy stukot. Trzy pary oczu od razu tam powędrowały. Cisza po tym dźwięku była jeszcze gorsza niż sam odgłos.
Adam zacisnął palce na zimnym metalu klucza. Wsunął go do zamka. Zamek odpowiedział głuchym kliknięciem, a z wnętrza sali 213 dobiegł cichy, przeciągły szmer, jakby ktoś właśnie poruszył się tuż za drzwiami.