Schody do Miasta Nad Chmurami

Alan i Livia odnajdują ukrytą drogę prowadzącą do miasta zawieszonego ponad chmurami. To, co miało być odkryciem, szybko zamienia się w coś znacznie groźniejszego.

Alan przeciągnął palcem po wyblakłej linii na starej mapie znalezionej na strychu dziadka. Papier pachniał kurzem i czymś jeszcze, jakby wilgocią po burzy. Livia siedziała naprzeciwko, podciągnięta na parapet, i co chwilę zerkała raz na mapę, raz na niego.

Alan uniósł latarkę bliżej. Na północ od ich wioski, tuż przy granicy lasu, dziwny symbol przypominał spiralę z trzema kreskami przecinającymi środek. Zbyt starannie narysowany, by był przypadkowy.

Livia uśmiechnęła się krzywo, ale w jej oczach błysnęło podekscytowanie. - To jedźmy sprawdzić, zanim ktoś uzna nas za idiotów.

Wyruszyli jeszcze przed świtem. Rowery skrzypiały na leśnej ścieżce, gałęzie ocierały się o ich ramiona, a chłód wciskał się pod kurtki. Im wyżej jechali, tym ciszej robił się las. Ptaki zamilkły, wiatr też jakby wstrzymał oddech. W końcu mgła spłynęła między drzewa tak gęsta, że musieli zwolnić i zsiąść z rowerów.

Droga urwała się nagle. Zamiast niej, na niewielkim wzgórzu, stały schody z białego kamienia. Wznosiły się stromo w górę, ginąc w mlecznej zasłonie.

Livia odsunęła kosmyk włosów z twarzy. - To nie może być prawdziwe.

Alan zrobił krok naprzód i położył dłoń na zimnym stopniu. Kamień był gładki, ale pod palcami pulsował ledwie wyczuwalnym ciepłem, jakby coś oddychało pod powierzchnią.

Wspinali się długo, aż mięśnie zaczęły im drżeć, a mgła zgęstniała tak, że widzieli tylko następny stopień. Echo ich kroków wracało z góry, choć nie było tam żadnych ścian. Potem, zupełnie niespodziewanie, mrok pękł.

Przed nimi rozsunęła się zasłona chmur i ukazało się miasto zawieszone wysoko nad ziemią. Nad dachami z błękitnego szkła unosiły się mosty jak utkane z srebrnych nici, a po niebie szybowały istoty z połyskującymi skrzydłami. Alanowi na moment zabrakło tchu. Livia złapała go za rękaw, jakby tylko to trzymało ją przy rzeczywistości.

Wtedy całe miasto zadrżało. Na wieżach zapaliły się czerwone światła, jedno po drugim, jak alarm. Z głębi ulic dobiegł niski, przeciągły dźwięk, od którego zaszczypała skóra. Nad najwyższą wieżą coś uniosło się w mrok - czarna, zmienna sylwetka, jakby sklejona z dymu i cieni.

A potem rozległ się pierwszy krzyk.