Podczas wakacji u dziadka Jagoda i Filip znajdują pod dębem tajemniczy krąg. Jeden dotyk wystarczy, by ziemia pękła i otworzyła im drogę do niezwykłego świata.
Jagoda szła pierwsza, nisko pochylona nad trawą, która sięgała jej prawie do pasa. Filip podążał tuż za nią, ostrożnie stawiając kroki i ściskając w dłoni suchą gałązkę, jakby mogła mu pomóc w odkrywaniu sekretów ogrodu.
U dziadka wakacje zawsze wyglądały inaczej niż w mieście. Tu każdy krzak miał swoje tajemnice, a stary ogród kończył się tam, gdzie zaczynała się wyobraźnia. Najbardziej niezwykłe miejsce kryło się jednak pod wielkim dębem stojącym na skraju sadu. Dziadek nieraz rzucał w jego stronę krótkie spojrzenie i mówił: „Nie wszystko pod tym drzewem daje się od razu nazwać”.
Tego ranka Jagoda pierwsza zauważyła coś dziwnego. Pod pniem dębu ziemia tworzyła idealny krąg, jakby ktoś narysował go cyrklem. W samym środku rosły srebrzyste grzyby. Nie wyglądały jak zwykłe grzyby z lasu. Miały cienkie kapelusze i lekko połyskiwały, choć słońce stało wysoko.
— Filip — szepnęła Jagoda, kucając. — Patrz. To wygląda jak znak.
— Albo wejście — odparł Filip, bardziej podekscytowany niż przestraszony.
Przyklęknął obok niej i wyciągnął palec. Gdy dotknął jednego z grzybów, ziemia pod kręgiem drgnęła tak lekko, że mógł to poczuć tylko w kolanach. Jagoda położyła dłoń na miękkim mchu. W tej samej chwili powietrze zadrżało cichym szelestem, jakby ktoś po drugiej stronie świata przesunął ciężkie drzwi.
Krąg rozjarzył się błękitem.
Światło wybuchło spod ich dłoni, a ziemia otworzyła się bezszelestnie jak tafla wody. Jagoda nawet nie zdążyła krzyknąć. Filip chwycił ją za rękę i oboje zsunęli się w dół po czymś gładkim i migoczącym, wirując wśród iskier tak jasnych, że aż zamykało się oczy.
Po chwili wylądowali miękko na sprężystej, zielonej trawie. Przez moment leżeli bez ruchu, słysząc tylko własny oddech.
Kiedy się podnieśli, Jagoda aż otworzyła usta ze zdumienia. Wokół nich rozciągała się łąka pełna niezwykłych roślin. Kwiaty miały skrzydełka i trzepotały nimi na wietrze. W oddali przemykały wysokie stworzenia o smukłych szyjach i oczach błyszczących jak szafiry. Nad głowami płynęło fioletowe niebo, a chmury wyglądały jak ogromne, powolne ryby.
Jagoda mocniej ścisnęła dłoń Filipa.
— Gdzie my jesteśmy? — wyszeptała.
Filip nie odpowiedział od razu. Patrzył przed siebie, na coś, co właśnie wyszło spomiędzy srebrnych traw. Stworzenie miało długą szyję, szafirowe oczy i poruszało się tak cicho, jak cień. Zatrzymało się kilka kroków od nich, przechyliło łeb i odezwało się dziwnym, melodyjnym głosem, który zabrzmiał jak pierwsze zdanie sekretu.