Sekret Cyrku Niebieskiej Gwiazdy

Dwunastoletnia Lena i Filip trafiają do cyrku, w którym sztuczki iluzjonisty Pana Mirabeau wyglądają zbyt prawdziwie. Gdy dostają tajemniczą wiadomość, noc dopiero się zaczyna.

Lena od miesięcy wypatrywała dnia, w którym do ich miasteczka przyjedzie prawdziwy wędrowny cyrk. Gdy na skraju miasta wyrósł ogromny błękitny namiot z lśniącym napisem „Cyrk Niebieskiej Gwiazdy”, pobiegła po bilet szybciej niż ktokolwiek inny. Zaraz za nią szedł Filip, jej najlepszy przyjaciel, ten od wspólnych wypraw rowerowych i budowania najwymyślniejszych zamków z kartonów.

Wieczorem cyrk pachniał watą cukrową, popcornem i mokrą ziemią po lekkim deszczu. W środku było tak jasno od reflektorów, że błękit płótna nad areną wydawał się niemal srebrny. Lena i Filip usiedli w pierwszym rzędzie, a serce biło jej coraz szybciej, kiedy na środek wybiegli klauni, potem akrobaci wirujący nad publicznością i tresowane papugi, które krzyczały głośniej niż dzieci.

Największy aplauz zebrał jednak Pan Mirabeau. Miał długi płaszcz wyszywany gwiazdami i czarne rękawiczki, których nie zdejmował ani na chwilę. Uśmiechał się tylko półgębkiem, jakby znał jakiś żart, którego nikt inny nie słyszał. Wyciągnął z pustej czapki królika, zamienił trzy czerwone piłki w złote motyle, a potem sprawił, że jabłko uniosło się nad areną i zawirowało pod kopułą namiotu.

Lena klasnęła razem z resztą widowni, ale zaraz przestała. Pan Mirabeau patrzył prosto na nią. Przez jedną krótką sekundę mrugnął tak, jakby właśnie ją rozpoznał.

Coś miękko spadło jej na kolana. Błękitna karteczka, choć przed chwilą była pewna, że nic tam nie leżało. Rozwinęła ją ostrożnie, ukrywając papier w dłoniach.

„Poznaj tajemnicę cyrku. Spotkajmy się o północy przy wejściu dla artystów. Samotnie nie wchodź!”

Lena spojrzała na Filipa. On też musiał to zobaczyć, bo jego twarz nagle spoważniała.

Po przedstawieniu cyrk ucichł, ale nie do końca. Z tyłu namiotu słychać było szelest słomy, ciche parsknięcia zwierząt i pospieszne kroki ludzi, którzy coś przenosili między przyczepami. Lena i Filip wymknęli się bokiem, trzymając się cieni rzucanych przez rozstawione wozy. Noc była chłodna, a błękitny namiot majaczył nad nimi jak ogromna fala.

Przy wejściu dla artystów zatrzymali się obok ciężkich, uchylonych drzwi. Ze środka dobiegały przytłumione głosy i dziwny, szorstki odgłos, jakby ktoś przesuwał po podłodze metalowe pudło.

Wtedy drzwi otworzyły się szerzej.

W progu stał Pan Mirabeau w swoim błękitnym płaszczu. Jego twarz zniknęła na moment w półmroku, a potem odezwał się szeptem:

— Przyszliście. Dobrze. Nie mamy wiele czasu, bo jeśli oni was usłyszą, wszystko się zacznie.

Za ich plecami rozległ się nagły trzask. Ktoś biegł po żwirowej ścieżce wokół namiotu, coraz szybciej i bliżej.