Sekret podziemi liceum

Po lekcjach, w opuszczonym skrzydle starego liceum, Marek i Julia trafiają na ukryte wejście pod podłogą. To, co słyszą z ciemności, każe im wstrzymać oddech.

Był piątek, późne popołudnie. Większość szkoły już dawno opustoszała, korytarze przycichły, a w starym liceum zostało tylko przytłumione brzęczenie świetlówek i echo ich własnych kroków. Marek i Julia przeciągali poszukiwania zagubionego pendrive’a, bo na nim był projekt, od którego zależała ocena i pewnie pół weekendu spokoju.

— Na pewno nie wypadł ci przy szatni? — Julia zatrzymała się pod tablicą ogłoszeń i zajrzała do swojej torby, jakby sama mogła tam znaleźć odpowiedź.

— Szukałem już wszędzie — odparł Marek, zbyt szybko, żeby zabrzmieć pewnie. — W pracowni, na korytarzu, przy windzie. Nic.

Przeszli pod salę biologiczną. Przez uchylone okna wpadało blade światło, rozciągając długie cienie stołów i gablot. W kącie stała wysoka szafka z donicami po obumarłych roślinach. Dopiero gdy Julia odsunęła się o krok, Marek zauważył coś dziwnego: pod szafką, przyciśnięty do ściany, leżał złożony w pośpiechu stos starych gazet. Spod papieru wystawał metalowy uchwyt.

— To było tu od zawsze? — spytała ciszej.

Marek nie odpowiedział. Razem chwycili krawędź szafki i przesunęli ją z jękiem po kaflach. Gazety zsunęły się na podłogę, odsłaniając wąskie drzwiczki w podłodze, których oboje wcześniej nie widzieli.

Julia spojrzała na Marka z mieszaniną rozbawienia i niepokoju.

— Otwieraj ty.

Marek złapał za klamkę. Metal był zimny, niemal lodowaty. Pociągnął mocniej, a drzwiczki ustąpiły ze skrzypnięciem. Pod nimi ciągnęły się strome schodki, schowane w czarnej, głębokiej ciemności.

— Serio myślisz, że mamy tam zejść? — szepnęła Julia.

— Jeśli to tam wpadł pendrive, to chyba nie mamy wyboru — rzucił, próbując rozładować napięcie.

Wtedy z dołu dobiegł ich krótki, głuchy dźwięk. Jakby ktoś przesunął krzesło po betonie.

Oboje zamarli.

Po chwili z ciemności pod schodami rozległ się drugi odgłos. Tym razem wyraźniejszy. Delikatne, powolne stukanie, jakby ktoś — albo coś — właśnie podnosiło się i szło prosto w ich stronę.