Sekret Starego Dworu

Czwórka studentów jedzie nocą do opuszczonego dworu, gdzie stary pamiętnik prowadzi ich do ukrytego przejścia. Im głębiej schodzą, tym wyraźniej czują, że ktoś jeszcze zna ten dom lepiej od nich.

Noc była tak ciemna, że las wokół Cichej Doliny wyglądał jak zamknięta, czarna ściana. Wąska droga wiła się między drzewami bez końca, a stary volkswagen raz po raz podskakiwał na wybojach. Marta siedziała z przodu, przy szybie zaparowanej od oddechu, i co chwilę zerkała w mrok, jakby spodziewała się, że coś zaraz wyłoni się spomiędzy pni.

Wojtek prowadził z upartym spokojem. Trzymał kierownicę pewnie, ale jego szczęka była zaciśnięta zbyt mocno, by uznać to za swobodę. Na tylnym siedzeniu Anka i Igor pochylali się nad wydrukami z pożółkłego pamiętnika znalezionego w archiwum uniwersyteckim. Kartki szeleściły cicho, kiedy przewracali kolejne strony pełne urwanych zdań, dat i nazwisk, które nic im jeszcze nie mówiły.

Nagle reflektory przecięły ciemność.

Wszyscy umilkli.

Po lewej stronie drogi, za splątanym pasem krzaków, wyrósł dwór. Ogromny, ciemny, zbyt wysoki jak na budynek porzucony przed laty. Z zewnątrz widać było pęknięcia tynku, odklejające się okiennice i dach, który w kilku miejscach zapadł się pod ciężarem czasu. A jednak nie sprawiał wrażenia martwego. Stał tam, nieruchomy i czujny, jakby tylko czekał, aż ktoś zatrzyma samochód.

Wojtek zgasił silnik. Przez chwilę słyszeli wyłącznie szum drzew i głuche uderzenia własnych serc.

– No to jesteśmy – powiedziała Marta, bardziej do siebie niż do reszty.

Jej głos zabrzmiał ciszej, niż chciała.

Weszli po rozchwianych schodach. Drzwi ustąpiły z przeciągłym jękiem i od razu uderzył ich zapach kurzu, wilgoci i czegoś jeszcze, starego i metalicznego, jakby budynek przez lata przechowywał sekret, który nie powinien był wyjść na światło dzienne. W środku panowała dziwna nienaruszoność: ciężkie zasłony, zakryte meble, portrety w ciemnych ramach, twarze tak sztywne i surowe, że zdawały się śledzić każdy ich krok.

Echo niosło się daleko. Zbyt daleko.

Rozdzielili się bez słów. Marta z Wojtkiem ruszyli na piętro, Anka z Igorem zostali na parterze, sprawdzając kolejne pokoje i zasłonięte przejścia. W korytarzu na górze tapeta łuszczyła się płatami, a pod butami skrzypiały deski, które brzmiały, jakby ktoś chodził pod nimi równolegle do nich.

Marta zatrzymała się nagle.

Na końcu korytarza jedna ze ścian wyglądała inaczej. Tynk miał inny odcień, jakby ktoś odmalował go później, byle tylko ukryć ślad po czymś usuniętym zbyt pośpiesznie. Marta przesunęła dłonią po powierzchni i wyczuła krawędź starego dywanu przybitego do ściany. Szarpnęła materiał ostrożnie. Pod nim była chłodna, metalowa klamka.

Spojrzała na Wojtka.

Nie musiała nic mówić. On już stał przy niej, blady w świetle latarki, i powoli skinął głową.

Na dole rozległ się stłumiony głos Anki, zaraz potem szybkie kroki. Chwilę później wszyscy byli w bibliotece, ciasnym pokoju po brzegi wypełnionym księgami pokrytymi kurzem. Na środku stał niewielki kufer, zamknięty na zapadkę. Na wieku i metalu wyryto znaki, których żadne z nich nie potrafiło odczytać.

Igor dotknął zamknięcia tylko na moment.

Coś cicho kliknęło.

Nie w kufrze.

W ścianie naprzeciwko.

Przez wąską szczelinę, która nagle rozsunęła się z suchym trzaskiem, wypłynęło zimne powietrze. Za nią widać było wąskie zejście w dół, tak ciemne, że latarka nie sięgała jego końca. Z głębi dobiegł ich ledwie słyszalny szept, urwany jak zdanie wypowiedziane za wcześnie. I ten sam zapach, silniejszy teraz: stary papier, kurz i coś jeszcze, jakby wilgotna ziemia skrywała pod domem własne archiwum.

– Co to jest? – wyszeptała Anka.

Nikt nie odpowiedział.

Zamiast tego z góry, z korytarza prowadzącego do frontowych drzwi, dobiegł ich dźwięk cichych, wyraźnych kroków. Ktoś wszedł do dworu. Drzwi na dole jęknęły przeciągle, choć nikt ich nie dotykał.