Sekret starego młyna

Marek, Lena i Bartek wchodzą nocą do opuszczonego młyna na skraju Grabiny, chcąc sprawdzić, czy legendy o szeptych i cieniach bez właścicieli są prawdziwe.

Była wiosenna noc tak ciemna, że księżyc wyglądał jak cienki, zarysowany paznokciem łuk nad polami Grabiny. Na chybotliwym moście, tuż przed ostatnimi zabudowaniami wsi, stała trójka przyjaciół: Marek, Lena i Bartek. Ściskali latarki, a w plecakach mieli tylko tyle, by przetrwać kilka godzin: wodę, coś do jedzenia i bluzy, które miały dać im fałszywe poczucie bezpieczeństwa.

Po drugiej stronie drogi rósł stary młyn. Opuszczony od lat, z czerniejącymi oknami i dachem zapadniętym jak zmęczone plecy, wciągał wzrok bardziej, niż powinien. W Grabinie mówiono o nim szeptem. O pierwszej nocy nowiu, o głosach, które niosą się spod belek, o cieniach przesuwających się tam, gdzie nie powinno być nikogo. Dorośli wzruszali ramionami, ale omijali to miejsce szerokim łukiem.

Lena nie znosiła takich opowieści. Marek udawał, że nie robią na nim wrażenia. Bartek milczał najdłużej, jakby już na progu żałował, że przyszedł, ale nie potrafił się wycofać.

Lena pierwsza zeszła z mostu i weszła w wysokie chwasty zarastające podwórze. Trawa tarła o nogi, mokra od nocnej rosy, a pod butami chrzęściły gałązki i stare liście. Drzwi młyna wisiały krzywo, przytrzymane tylko przez zardzewiały zawias. Lena wsunęła palce w szczelinę i pchnęła.

W środku uderzył ich chłód, ciężki zapach wilgoci i coś jeszcze, ostrzejszego, jakby dawno niewietrzone drewno trzymało w sobie oddechy wszystkich, którzy tu kiedyś byli. Światła latarek przecięły mrok i przesunęły się po ścianach, po resztkach belek, po pajęczynach drżących przy każdym ruchu. Gdzieś wysoko zatrzepotało coś małego i czarnego.

Młyn miał dwa piętra. Na górę prowadziły schody, które jęczały przy każdym kroku. Bartek postawił stopę ostrożnie, ale i tak jedna deska odpowiedziała głuchym trzaskiem, jakby pod spodem coś pękło. Na piętrze było jeszcze ciszej. Tylko ich oddechy rozbijały się o ściany.

Na środku podłogi stała skrzynia. Niska, ciężka, pokryta kurzem tak grubym, że wyglądał jak popiół. Nie pasowała do reszty. Była zbyt starannie zamknięta, zbyt nienaruszona jak na miejsce, które wszyscy dawno uznali za martwe.

Bartek spojrzał na Marka, potem na Lenę.

Bartek uklęknął i położył dłoń na wieku. Metalowy zatrzask był lodowaty. Zacisnął palce, zebrał się w sobie i uniósł skrzynię o kilka centymetrów.

Wtedy z głębi młyna dobiegł ich szept.

Cichy. Przeciągły. Tak bliski, że wszyscy troje odruchowo odwrócili głowy w tę samą stronę. Nikt się nie odezwał. Powietrze zamarło, a z sufitu posypał się pył. Po chwili coś zaszeleściło za ich plecami, po drewnianej podłodze przeciągnął się cień i na dole trzasnęły drzwi.

Marek zrobił krok w stronę schodów, ale nie zdążył nawet dotknąć poręczy, kiedy znów usłyszeli ten sam głos. Tym razem wyraźniejszy.

I wypowiedział jedno z ich imion.