Nocna wyprawa do opuszczonej biblioteki prowadzi Lenę, Michała i Adę do śladu, który ktoś zostawił specjalnie dla nich.
Miasto po zmroku milkło szybciej niż zwykle, jakby samo nie chciało patrzeć na ulicę prowadzącą do starej biblioteki. Lena szła pierwsza, choć serce miała zaciśnięte jak pięść. Za nią szli Michał i Ada, a każdy krok odbijał się od pustych kamienic głuchym echem.
Biblioteka stała na końcu uliczki, ciemna i wyłączona z życia od lat. Tablica nad wejściem wisiała krzywo, a okna były zasnute kurzem tak grubym, że światło latarki nie mogło przez nie przebić. Mówiono o tym miejscu różne rzeczy. Że zniknęły stąd całe kartoteki. Że ktoś widział w środku światło. Że nie wszystkie książki zostały wyniesione, kiedy budynek zamknięto.
Michał odsunął zardzewiałe ogrodzenie i pierwszy przecisnął się przez wyrwaną siatkę.
– No dalej – szepnął, próbując brzmieć swobodnie. – To tylko stara ruina.
Ada zatrzymała się przy Lene.
– Tylko? – wyszeptała. – To miejsce wygląda, jakby czekało.
Nie odpowiedziała jej od razu. Sama czuła to samo. W powietrzu wisiał zapach wilgoci, kurzu i czegoś jeszcze, czego nie umiała nazwać. Jakby ktoś przed chwilą otworzył ciężkie drzwi i zostawił po sobie ślad ciepła.
Michał popchnął wejściowe skrzydło. Drzwi ustąpiły niemal bez oporu.
To wystarczyło, żeby Lena przystanęła.
– Były zamknięte – powiedziała cicho.
– Chyba już nie są – odparł Michał.
W środku panował półmrok. Latarki wycinały z ciemności tylko urywki regałów, przewróconych krzeseł i długiego lady, za którą kiedyś musiała siedzieć bibliotekarka. Witraż nad główną salą pękł na samym środku, ale mimo to wpuszczał blade refleksy księżyca, rozlane po podłodze jak rozbite szkło.
Na stoliku pośrodku sali stała świeca.
Płonęła.
Obok leżał zwinięty pergamin i mały metalowy klucz.
Ada wciągnęła gwałtownie powietrze. Michał podszedł o krok za blisko, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Lena nie ruszyła się z miejsca. Na pergaminie były znaki, których nie rozumiała, cienkie i poszarpane, jakby ktoś zapisał je w pośpiechu albo celowo ukrył ich znaczenie.
To nie wyglądało na przypadek. Ktoś musiał tu wejść przed nimi. Albo wiedział, że przyjdą.
Wtedy z głębi biblioteki dobiegł ich cichy, przeciągły szelest.
Jakby ktoś przesunął dłonią po grzbietach książek.
Świeca zadrżała. Cień na ścianie poruszył się sam, odłączając się od ich latarni. Lena odwróciła głowę w stronę korytarza między regałami i zobaczyła, że na końcu, tam gdzie ciemność była najgęstsza, ktoś stoi nieruchomo i patrzy prosto na nich.