Emil i Lena trafiają podczas szkolnej wycieczki do starej drukarni przy ulicy Jagiellońskiej. Za zardzewiałą szafą odkrywają zejście pod ziemię i ślad zagadki sprzed lat.
Czerwcowy deszcz bębnił o szyby tak uparcie, że nawet pani Woźniak musiała podnosić głos. Emil siedział w ostatniej ławce z miną, jakby ktoś skazał go na najnudniejsze popołudnie świata, a Lena, jego najlepsza przyjaciółka, udawała, że notuje o dawnej historii miasta, choć co chwilę zerkała na ciemną ulicę za oknem.
Wycieczka do starej drukarni przy ulicy Jagiellońskiej miała być tylko kolejnym szkolnym obowiązkiem. Zamiast tego już od progu poczuli, że to miejsce ma w sobie coś niepokojącego. W dusznym wnętrzu pachniało kurzem, starym papierem i wilgocią. Między ciężkimi prasami stał pan Alfred, opiekun zabytku, wysoki, sztywny, z oczami tak jasnymi, że wyglądały niemal jak stal.
Reszta klasy rozproszyła się po sali, ale Emil nagle zniknął Lenie z oczu. Przecisnęła się między maszynami, mijając rzędy półek z pożółkłymi arkuszami i popękanymi skrzyniami, aż dotarła do zasłoniętego kotarą kąta. Tam zobaczyła Emila stojącego przy starej szafie. Bez słowa wskazał palcem wąską szparę między deskami. Tkwił w niej mały, ciemny klucz.
Lena zdążyła tylko otworzyć usta, kiedy Emil wcisnął klucz głębiej i przekręcił go ostrożnie. Coś zaskrzypiało. Szafa drgnęła, odsunęła się o kilka centymetrów i odsłoniła strome schody prowadzące w dół. Chłodne powietrze uderzyło ich w twarze jak oddech z piwnicy, której nikt nie powinien otwierać.
Schodzili coraz niżej, a każdy krok odbijał się głucho od mokrych ścian. Na dole znaleźli niewielkie pomieszczenie, zbyt ciasne jak na zwykły magazyn. Stały tam regały, ale zamiast książek leżały na nich setki zakurzonych kopert, bez adresów, bez nazwisk, jakby ktoś celowo ukrył ich zawartość przed światem. Jedna z nich, przyciśnięta pajęczyną do półki, miała tylko trzy litery: DLK.
Lena wyciągnęła rękę, lecz w tej samej chwili gdzieś za regałem zamigotało blade światło. Oboje zastygli. W ciszy usłyszeli ledwie słyszalny ruch, potem czyjś oddech, a zaraz po nim szept, który przeszył ich do kości:
Czego tu szukacie?