Marta, Tomek i Lena odkrywają, że opuszczona latarnia morska świeci mimo braku prądu. W burzliwą noc postanawiają wejść do środka i sprawdzić, kto albo co tam czeka.
Marta, Tomek i Lena przyjechali nad morze z przekonaniem, że wakacje będą spokojne: plaża, rowery, gofry i kilka wieczornych wypraw po okolicy. Szybko okazało się jednak, że najciekawsze miejsce w miasteczku wcale nie znajdowało się przy promenadzie, tylko na końcu długiej, wietrznej plaży, gdzie stała stara latarnia morska. Od lat nikt jej nie używał. Stała samotnie na klifie jak ktoś, kto uparcie czeka, choć już dawno powinien odejść.
Mieszkańcy mówili o niej półgłosem. O dziwnych odgłosach w nocy. O smugach światła przecinających mgłę. O tym, że czasem, gdy nadciągała burza, w oknach błyskało coś zielonkawego, choć w latarni od dawna nie było prądu. Marta słuchała tych opowieści z błyskiem w oczach. Tomek udawał, że się nie boi, ale za każdym razem zerkał w stronę klifu. Lena z kolei miała wrażenie, że ktoś obserwuje ich z tego pustego, ciemnego budynku.
Tamtego wieczoru wracali plażą później niż zwykle. Wiatr szarpał kapturami, a mgła spływała nisko nad piaskiem, tłumiąc wszystkie dźwięki. Właśnie wtedy Lena zatrzymała się tak nagle, że oboje omal na nią nie wpadli. Na szczycie latarni mignęło światło. Jedno krótkie, wyraźne pulsowanie, jakby ktoś na moment odsłonił lampę.
„Widzieliście to?” zapytała cicho.
Marta przestała iść. Patrzyła nieruchomo, jakby właśnie dostała odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zdążyła zadać. „Skoro tam ktoś jest, to musimy sprawdzić kto” powiedziała po chwili.
Tomek prychnął, ale ściszył głos. „Albo co.”
Mogli wrócić do pensjonatu, udawać, że nic nie widzieli, i śmiać się z tego jutro przy śniadaniu. Zamiast tego skręcili w stronę klifu. Kamienne schodki prowadzące do latarni były mokre i śliskie, a każde ich uderzenie o stopień brzmiało w ciszy zbyt głośno. Gdy weszli do środka, uderzył ich zapach wilgoci, rdzy i czegoś jeszcze, czego nie umieli nazwać.
Wąski korytarz tonął w mroku. Latarki wycinały z ciemności tylko urywki ścian, poręczy i zniszczonych tabliczek. Nagle gdzieś wyżej rozległ się cichy, urwany śmiech. Lena zamarła. Marta uniosła głowę. Tomek mocniej ścisnął latarkę, jakby to mogło dodać mu odwagi.
Na końcu korytarza stały ciężkie metalowe drzwi prowadzące na szczyt latarni. Właśnie wtedy uchyliły się same, na szerokość dłoni, i spomiędzy nich wypłynął słaby zielonkawy blask. W tej samej chwili wiatr zatrzasnął za nimi wejście z taką siłą, że wszyscy troje podskoczyli.
A potem z góry rozbłysło światło tak jasne, że przez ułamek sekundy zobaczyli w szybie przy drzwiach czyjąś twarz.