Oliwier odkrywa ukryte drzwi w swojej sypialni i trafia do biblioteki, gdzie książki szepczą, a mały smok czeka na niego z pilną sprawą.
Oliwier mieszkał w starej kamienicy, gdzie każde skrzypnięcie schodów brzmiało jak czyjś krok, a nocą ściany zdawały się szeptać między sobą. Najbardziej lubił deszczowe soboty, bo wtedy mógł leżeć na dywanie w swoim pokoju i czytać bez końca. Tego dnia wybrał książkę o smokach. Właśnie przewrócił stronę, gdy usłyszał ciche stukanie.
Zamarł. Stukanie dobiegło spod podłogi. Oliwier odsunął mały dywanik, pochylił się i zobaczył, że jedna deska lekko się rusza, jakby coś pod nią oddychało. Serce zaczęło mu bić szybciej. Sięgnął po kredkę, wsunął jej koniec w szczelinę i ostrożnie podważył deskę. Pod spodem nie było kurzu ani kabli, tylko maleńkie, stare drzwi z mosiężną klamką.
Oliwier spojrzał na nie, potem na okno, za którym deszcz ścigał się po szybie. Chwycił klamkę i otworzył drzwi. Za nimi czekał wąski, ciemny tunel pachnący papierem, pyłem i czymś jeszcze, czego nie potrafił nazwać. Przesunął się przez niego na kolanach, aż nagle pod stopami poczuł miękki dywan. W następnej chwili rozbłysło bladozielone światło i Oliwier wstrzymał oddech.
Stał w ogromnej bibliotece. Regały ginęły pod sufitem, a książki same przeskakiwały z półki na półkę, trzepotały okładkami i szeptały coś do siebie. Przy kominku siedział mały niebieski smok w okrągłych okularach, trzymając łapą ciężką księgę. Podniósł wzrok i uśmiechnął się tak, jakby właśnie na to czekał.
W tej samej chwili z najciemniejszego kąta biblioteki dobiegł głuchy szelest. Książki ucichły. Nawet smok przestał się uśmiechać. Z mroku zaczęło wyłaniać się coś wysokiego i bezkształtnego, a bladozielone światło nagle przygasło.