Karolina, Wiktor i Lena trafiają na salę 212, której nie ma w planie szkoły. Im głębiej w nią zaglądają, tym bardziej szkoła zaczyna zachowywać się tak, jakby coś ukrywała.
Szkoła imienia S. Lema miała opinię miejsca, w którym zawsze działo się coś nie całkiem normalnego. Starsi uczniowie opowiadali o korytarzach, które nocą „przestawiają się same”, i o przejściach prowadzących do starych, zamurowanych części budynku. Karolina nie wierzyła w szkolne legendy. Do czasu, aż razem z Wiktorem i Leną zobaczyła, że ktoś bardzo nie chce, żeby pewne rzeczy wyszły na jaw.
Był piątek po lekcjach, ten rodzaj popołudnia, kiedy człowiek ledwo pamięta własne imię po matmie i biologii. Wtedy właśnie w szkole zrobił się dziwny ruch. Nauczyciele krążyli po korytarzach z notatnikami przyciśniętymi do piersi, sekretarka zamykała szafki trochę za szybko, a dyrektor zniknął za drzwiami gabinetu, odbierając kolejne telefony tak, jakby od tego zależało coś więcej niż zwykły szkolny problem.
„Zauważyliście, że w planie zajęć pojawia się sala 212?” Lena przysunęła się bliżej tablicy ogłoszeń, udając, że tylko poprawia plecak. „I to zawsze wtedy, kiedy szkoła powinna być już zamknięta.”
„Może ktoś się pomylił” – mruknął Wiktor, ale jego wzrok już uciekał do wydrukowanego planu.
Karolina sprawdziła go sama. Sala 212 widniała tam trzy razy. Bez żadnego wyjaśnienia. Bez nazwiska nauczyciela. Bez przedmiotu.
To wystarczyło, żeby zaczęli szukać.
Najpierw sprawdzili drugie piętro, potem skrzydło, do którego normalnie nikt nie zaglądał. Za zakurzonymi gablotami i zamkniętymi pracowniami panowała inna cisza niż na reszcie szkoły, cięższa, jakby ściany pamiętały coś, o czym nikt nie chciał mówić. Karolina świeciła telefonem po obdrapanych drzwiach, aż nagle zauważyła zatarte cyfry, ledwie widoczne pod warstwą farby.
212.
Drzwi nie miały klamki z jednej strony, ale gdy Wiktor położył dłoń na starej, chłodnej gałce, ustąpiły niemal same. Ze środka wypłynęło blade, niebieskawe światło, zbyt zimne jak na zwykłą salę lekcyjną.
W środku stały ławki ustawione w kręgu. Na tablicy nie było kredowych śladów, tylko gładka, ciemna powierzchnia, która odbijała ich twarze jak lustro. Po ścianach przesuwały się cienie, choć nikt tam nie stał.
„To chyba jakiś żart” – wyszeptała Lena, ale jej głos zabrzmiał zbyt cicho, żeby samemu w to uwierzyć.
W tej samej chwili coś trzasnęło głęboko w sali. Jakby ktoś przesunął krzesło po podłodze. Karolina odruchowo cofnęła się o pół kroku, Wiktor zamarł przy drzwiach, a światło nad nimi przygasło, jakby cała szkoła wstrzymała oddech.
Na tablicy pojawiła się pierwsza linia.
Nie kredą. Nie markerem.
Jakby pisała ją niewidzialna ręka.
A zaraz potem zza jednego z biurek dobiegł szept, niski i pewny siebie:
„Wiedziałem, że w końcu tu przyjdziecie...”