Zosia, Franek i Kuba odkrywają pod starą biblioteką zamknięte przejście. Gdy medalion Zosi uruchamia zardzewiałą kłódkę, z ciemności dochodzi tajemniczy szept.
Na samym rynku stała stara biblioteka z czerwonej cegły. W dzień wyglądała zwyczajnie, ale kiedy się do niej wchodziło, człowiek miał wrażenie, że budynek coś ukrywa. Najdziwniejsze były piwnice: zawsze chłodne, lekko zamglone i ciche aż do niepokoju. Dla dwunastoletniej Zosi, jej młodszego brata Franka i ich przyjaciela Kuby właśnie to czyniło bibliotekę miejscem, do którego chciało się wracać.
Tego piątkowego popołudnia deszcz bębnił w szyby czytelni tak głośno, że prawie zagłuszał szelest przewracanych stron. Kuba od rana powtarzał, że pod schodami do piwnicy musi kryć się coś więcej niż stare pudła i kurz. Zosia nie była pewna, czy wierzy w jego opowieści, ale kiedy Franek znalazł przy ścianie ślad wąskich, niemal niewidocznych drzwi, nie dało się już udawać, że to tylko zabawa.
Za schodami rzeczywiście znajdowała się kłódka, ciemna i zardzewiała, jakby nikt nie dotykał jej od lat. Zosia odruchowo chwyciła swój stary medalion, ten sam, który nosiła od zawsze, i wtedy stało się coś dziwnego. Metal pod palcami zadrżał, kłódka cicho kliknęła, a drzwi ustąpiły z przeciągłym skrzypnięciem.
Za nimi nie było piwnicy, jakiej się spodziewali. Ciągnął się tam wąski korytarz, a w jego ścianach migotały niebieskawe kamienie, rzucając na wszystko zimne światło. Na ścianach wisiały portrety dawnych mieszkańców miasteczka, zbyt nieruchome i zbyt uważne, jakby patrzyły prosto na nich. Na samym końcu korytarza czekały kolejne drzwi, pokryte znakami, których nikt z nich nie potrafił odczytać.
Franek ścisnął rękaw Zosi. Kuba zrobił krok do przodu, ale zatrzymał się nagle, bo z ciemności dobiegł cichy szept. Nie brzmiał jak echo. Brzmiał tak, jakby ktoś po drugiej stronie właśnie się obudził i czekał, aż wejdą dalej.