Janek i Zosia zostają po lekcjach w starej szkole i odkrywają ukryte schody prowadzące w ciemność. Im niżej schodzą, tym bardziej coś zdaje się ich obserwować.
Janek od dawna miał wrażenie, że ich szkoła żyje własnym życiem. Nie chodziło tylko o skrzypiące schody czy przeciągi, które pojawiały się znikąd. W starym, ponadstuletnim budynku czasem dochodził z piwnicy suchy chrobot, jakby ktoś przesuwał krzesło po kamiennej podłodze.
Tego popołudnia w szkole zostało już tylko kilkoro uczniów. Janek i Zosia siedzieli w sali plastycznej, kończąc prace na konkurs. Na parapecie stały kubki z pędzlami, a na podłodze leżały kolorowe skrawki papieru. Za oknem szarzało niebo, a wiatr szarpał gałęziami drzew tak mocno, że szyby cicho drżały.
Wtedy nagle huknęło. Podmuch wiatru z trzaskiem zatrzasnął drzwi, w rogu sali mrugnęła lampa i zgasła. Zosia aż podskoczyła.
Pochyliła się, żeby zebrać kredki spod stołu, i wtedy jej dłoń trafiła na coś twardego. Deska w podłodze poruszyła się lekko pod palcami.
Janek przykucnął obok niej. Razem podważyli luźny fragment drewna. Pod deską nie było betonu ani rury, tylko ciemny otwór, z którego wiał chłód. Na samym brzegu zaczynały się wąskie schody prowadzące w dół.
Zosia już świeciła tam telefonem. Blade światło zsunęło się po kamiennych stopniach i zniknęło gdzieś w dole.
Schody skrzypiały przy każdym kroku. Powietrze stawało się coraz zimniejsze, a z głębi dobiegał dziwny, cichy szum, podobny do szeptu za ścianą. Janek kilka razy obejrzał się za siebie, ale za nimi była tylko czarna dziura i prostokąt światła z sali plastycznej, który z każdą chwilą wydawał się mniejszy.
Na dole czekał długi kamienny korytarz. Ściany były mokre, a na nich wisiały stare obrazy w ciężkich ramach. Twarze namalowanych osób ginęły w półmroku, ale Janek miał pewność, że oczy wszystkich patrzą dokładnie na nich.
Nie podoba mi się to - szepnęła Zosia.
Mnie też nie - odpowiedział Janek, chociaż ani na chwilę nie przestawał iść.
Nagle potknął się o wystający kamień i odruchowo oparł dłoń o ścianę. Cegły pod jego palcami drgnęły. Zanim zdążył cofnąć rękę, fragment muru przesunął się z głuchym szelestem, odsłaniając wąskie wejście do małej komnaty.
W środku, pośrodku kamiennej podłogi, leżał zardzewiały klucz i stary zeszyt z okładką pokrytą dziwnymi symbolami.
Janek zrobił krok do przodu.
W tej samej chwili z korytarza dobiegł dźwięk kroków. Ktoś szedł prosto w ich stronę.