Troje licealistów trafia do ukrytego laboratorium w opuszczonej poradni stomatologicznej i odkrywa eksperyment związany z próchnicą, który wcale nie powinien trafić w ich ręce.
W piątek po lekcjach Lena, Kuba i Dawid stanęli pod opuszczoną poradnią stomatologiczną na końcu ulicy, tam gdzie chodnik pękał od korzeni, a szyby od lat były pokryte brudem. Budynek wyglądał jak coś, co powinno już dawno zniknąć z mapy miasta, a jednak wokół niego krążyły plotki. Jedni mówili o zamkniętym gabinecie po dziwnej awarii, inni o podziemiach, do których nikt oficjalnie nie miał wstępu. Dla nich brzmiało to jak zaproszenie.
Kuba pierwszy podszedł do wejścia i pchnął drzwi, które zaskrzypiały tak głośno, jakby cały obiekt od lat czekał właśnie na ten moment. Jeden z zawiasów puścił z suchym trzaskiem. Lena odruchowo cofnęła się o krok, ale zaraz przyciągnęły ją ślady butów w piachu przy progu. Świeże. Ktoś był tu niedawno. Nie wyglądało to już na zwykłą miejską legendę.
W środku pachniało stęchlizną, detergentem i czymś ostrym, chemicznym, co drażniło w gardle. Dawid włączył latarkę w telefonie i przesunął światło po ścianach. Zostały na nich resztki starych plansz edukacyjnych: wyblakły uśmiech dziecka, schemat zęba, hasła o szczotkowaniu i nitkowaniu, jakby ktoś próbował wbić do głowy prostą regułę, a potem zostawił wszystko na pastwę kurzu.
Lena zatrzymała się przy gablocie z powyginanymi narzędziami. Na dole, pod warstwą pyłu, zauważyła coś jeszcze: cienki pasek odciśnięty w kurzu, prowadzący w stronę metalowej szafy przeciwpożarowej. Szafa stała krzywo, jakby ktoś odsunął ją w pośpiechu i nie zadał sobie trudu, by ustawić z powrotem na miejsce.
Kuba prychnął, ale bez przekonania. Nachylił się i szarpnął za uchwyt. Zamek był stary, oporny, prawie rozsypał się w palcach. Dawid przytrzymał drzwi, a Lena wsunęła palce pod zardzewiałą krawędź i pociągnęła z całej siły. Metal jęknął. Za szafą nie było ściany, tylko wąskie wejście w dół, oświetlone bladą smugą z ukrytej lampy.
Przez sekundę nikt się nie odezwał. Z podziemnego korytarza ciągnęło chłodem i wonią środków dezynfekujących. Gdzieś głębiej cicho buczała maszyna.
Kuba, zamiast odpowiedzieć, już schodził po betonowych schodkach. Lena ruszyła za nim, bardziej z wściekłości na własny strach niż z odwagi, a Dawid zamknął pochód, oświetlając im drogę. Z każdym krokiem cisza robiła się cięższa, jakby ściany tłumiły nawet oddechy. Na końcu korytarza czekały masywne metalowe drzwi z matową tabliczką przykręconą na śruby:
„Laboratorium Uśmiechu. Wstęp wzbroniony.”
Kuba dotknął klamki, ale nie otworzył od razu. Dopiero kiedy światło latarki przesunęło się niżej, Lena zobaczyła drobne rysy na metalu i niewielką plamę świeżej farby na posadzce, jakby drzwi otwierano niedawno. Nacisnęła sama. Weszli do środka.
Pokój był większy, niż się spodziewali. Wzdłuż ścian stały stoły zastawione probówkami, pojemnikami i szklanymi kolbami, a pośrodku migotał monitor podłączony do aparatury, której nie umiałaby nazwać nawet nauczycielka biologii. Ekran pulsował zielonym światłem. Jedna linijka tekstu przyciągnęła wzrok Leny jak haczyk:
„Szczepionka przeciwpróchnicowa - testowanie. Do wstrzyknięcia: 3 dawki.”
Serce uderzyło jej mocniej. Próchnica nie była już tylko szkolnym tematem z gabinetu dentystycznego. To wyglądało jak coś znacznie większego, coś, co ktoś chciał ukryć za starym budynkiem i zakazanym wejściem.
Nagle z końca sali dobiegł metaliczny stuk. Potem kolejny.
Wszyscy troje zamarli. Zza regału wysunęła się postać w lekarskim kitlu. Maska zasłaniała twarz, ale oczy miała czujne i zimne, jakby od dawna wiedziała, że ktoś tu przyjdzie. Przez moment w pokoju słychać było tylko jednostajne buczenie aparatury.