Sekretna pracownia Pani Mirabelli

Tosia i Antek znajdują w starej kamienicy tajemnicze drzwi do pracowni pełnej rzeczy, które nie powinny istnieć. Za chwilę muszą zdecydować, czy wejść dalej.

Tosia i Antek znali tę kamienicę na wylot. Krzywe schody skrzypiały tu jak stare skrzypce, na parapetach zbierał się kurz, a najwyższe piętro zawsze pachniało pyłem i deszczem. Najbardziej tajemnicze było poddasze, na które dorośli zaglądali niechętnie, a dzieciom zabraniali tam chodzić bez powodu. To oczywiście sprawiało, że Tosia i Antek mieli jeszcze większą ochotę właśnie tam zaglądać.

Pewnego popołudnia burza naparła na miasto tak mocno, że szyby drżały w ramach. Tosia, biegnąc po klatce schodowej, dostrzegła coś małego przy poręczy. Podniosła przedmiot i otarła go rękawem. To był klucz, niewielki i fioletowy, jakby odlano go z cienia zmieszanego z atramentem. Był zaskakująco ciepły.

— Patrz — szepnęła, kiedy dogonił ją Antek. — To nie jest zwykły klucz.

Antek wziął go ostrożnie do ręki. W tej samej chwili na górze rozległ się głuchy grzmot, a na końcu wąskiego korytarza, tam gdzie jeszcze przed chwilą była tylko pusta ściana, zamigotało światło. Z mroku wyłoniły się drzwi. Nie stare i spękane jak reszta kamienicy, lecz gładkie, ciemne i lśniące, jakby ktoś przed chwilą je wypolerował. Na mosiężnej tabliczce widniał napis: „Pracownia Pani Mirabelli. Wstęp tylko dla odważnych marzycieli”.

Tosia spojrzała na klucz, potem na drzwi.

— To chyba pasuje — powiedziała.

Zamek kliknął niemal sam, zanim jeszcze zdążyła włożyć klucz do środka. Drzwi uchyliły się bezszelestnie, a z wnętrza wypłynęło ciepłe światło i zapach czegoś nieznanego, trochę jak mokra farba, trochę jak wanilia, a trochę jak deszcz na rozgrzanym kamieniu.

Weszli do środka i oboje zamarli.

To nie było poddasze. Przed nimi rozciągała się ogromna sala pełna rzeczy, które nie miały prawa istnieć razem: obrazy wisiały w powietrzu bez żadnych haków, zegary chodziły do tyłu, na stole przeskakiwały z miejsca na miejsce maleńkie lwy z papieru, a po suficie sunęły cienie przypominające ptaki bez skrzydeł. W głębi, pod stertą map i pędzli, siedziała drobna kobieta w zbyt dużym kapeluszu. Miała błyszczące oczy i uśmiech kogoś, kto właśnie czekał na ich przyjście.

— No nareszcie — powiedziała pani Mirabella. — Myślałam, że ten klucz trafi dziś do kogoś odważnego.

Tosia miała już odpowiedzieć, ale wtedy usłyszała ciche drapanie.

Od strony małych drzwi w kącie coś poruszyło się w cieniu. Przez szparę przemknął kształt zbyt smukły jak na kota i zbyt szybki jak na wszystko, co znali. Na stole obok mapy papierowy lew nagle podniósł łeb, otworzył pyska i wskazał łapą na ciemny korytarz za pracownią.

Antek ścisnął klucz mocniej.

A wtedy za ścianą rozległ się dźwięk, jakby ktoś właśnie przekręcił drugi zamek.