Sala 111

Grupa licealistów odkrywa na swoim piętrze salę, o której nikt nie chce mówić. Im bliżej prawdy, tym bardziej szkoła zaczyna zachowywać się tak, jakby coś ukrywała.

Gdyby ktoś zapytał Jagodę, co najbardziej lubi w liceum, poniedziałek nie znalazłby się na tej liście nawet na siłę. A jednak ten zaczął się dziwnie, niemal zbyt cicho. Korytarze, zwykle pełne piskliwych głosów, trzaskających szafek i bieganiny spóźnialskich, wyglądały jak po alarmie: puste, przygaszone, nerwowe.

Jagoda zatrzymała się przy automacie z kawą. Czekali tam już Mateusz i Dima. Oboje mieli ten sam wyraz twarzy, który oznaczał, że wydarzyło się coś, czego nie da się zignorować. Mateusz co chwilę zerkał przez ramię, jakby ktoś mógł ich podsłuchiwać nawet na środku korytarza.

Mateusz skinął głową. - Wczoraj widziałem woźnego. Wchodził tam po lekcjach. Potem długo paliło się światło. Za długo.

Jagoda oparła się o ścianę i udawała, że tylko się zastanawia. Tak naprawdę już od kilku dni chodziła jej po głowie ta liczba. Sala 111 pojawiła się w rozmowach uczniów nagle, jak plotka, która wymknęła się spod kontroli. Jedni mówili, że to stara pracownia po remoncie. Inni, że czegoś tam nie powinno być od lat. Najdziwniejsze było jednak to, że nikt nie potrafił pokazać jej na planie szkoły.

Dima skrzywił się od razu. - Jasne. A jak nas przyłapią, to co? Powiemy, że przyszliśmy na wycieczkę historyczną?

Dima prychnął cicho, ale nie odszedł. I właśnie to było najgorsze: nikt z nich nie chciał się wycofać.

Lekcje ciągnęły się niemiłosiernie. Na hiszpańskim Jagoda patrzyła w zeszyt, nie widząc ani jednego zdania. Na fizyce odruchowo notowała wzory, których potem i tak nie byłaby w stanie przeczytać. Co jakiś czas zerkała na zegarek, jakby wskazówki mogły ruszyć szybciej z litości.

Kiedy wreszcie zadzwonił ostatni dzwonek, troje przyjaciół ruszyło na górne piętro niemal bez słowa. Korytarz przed salami był ciemniejszy niż zwykle. Pod ścianą, między tablicą ogłoszeń a gaśnicą, stały drzwi, których wcześniej Jagoda nie zauważyła. Ciemnogranatowe, zbyt nowe w porównaniu z resztą szkoły. Na tabliczce błyszczał numer: 111.

Klamka wyglądała, jakby nikt jej nie dotykał od miesięcy.

Wtedy gdzieś dalej rozległy się ciężkie kroki.

Mateusz spojrzał na nich krótko, po czym chwycił za klamkę. Drzwi ustąpiły od razu, bez oporu, jakby ktoś już wcześniej zostawił je niedomknięte.

W środku było ciemno i chłodno. Pachniało kurzem, starym drewnem i czymś jeszcze, metalicznym, suchym, niepokojąco obcym. Jagoda zrobiła krok do przodu.

Z głębi sali dobiegł cichy, metaliczny dźwięk. Jakby coś przesunęło się po podłodze.

Światło na korytarzu zamigotało.

A potem zgasło całkiem, zostawiając ich w półmroku, kiedy drzwi za plecami Jagody zaczęły zamykać się same.