Trójka studentów schodzi do piwnicy starej uczelni i trafia na ukryte drzwi z tajemniczym znakiem. To, co znajduje się niżej, nie powinno istnieć.
Na Uniwersytecie im. Mroczka nawet zwykły wieczór potrafił wyglądać tak, jakby coś ukrywało się między cegłami. Stare skrzydła gmachu trzymały w sobie chłód, kurz i półszeptane legendy, których nikt oficjalnie nie potwierdzał, ale każdy znał przynajmniej jedną.
Tego dnia Anka, Michał i Lena zeszli do piwnicy pod wydziałową biblioteką niby po zgubioną torbę Leny. Nikt z nich nie powiedział na głos, że torba była tylko pretekstem. Po prostu od kilku tygodni krążyła między nimi jedna myśl: jeśli w tym budynku naprawdę coś jest ukryte, to nie znajdzie tego ktoś, kto tylko czyta regulamin i wraca do domu o dziewiętnastej.
Schody były wąskie i nierówne, a światło z telefonów rwało mrok na blade, nerwowe fragmenty. W piwnicy pachniało wilgocią, starym papierem i czymś jeszcze, czego nie dało się nazwać, czymś jak metal po burzy. Między regałami stał samotny globus, niemal absurdalnie zadbany w miejscu, które wyglądało, jakby od dawna nikt tu nie zaglądał. To Anka pierwsza zauważyła, że za nim ściana nie kończy się tak, jak powinna.
— Poczekajcie — szepnęła.
Razem przesunęli globus. Za nim kryły się niskie, metalowe drzwi, niemal zlane z cegłą. Na ich powierzchni ktoś wyrył znak przypominający jednocześnie literę „M” i klucz. Michał dotknął klamki, jakby chciał sprawdzić, czy to tylko żart, ale drzwi ustąpiły z cichym, niepokojąco łatwym skrzypnięciem.
Za progiem prowadziły schody jeszcze niżej, w czarną, kamienną głębię. Z każdym krokiem robiło się zimniej, a ich oddechy gęstniały w powietrzu. Na samym dole zamigotało światło starej lampy, słabe i żółte, jakby ktoś czekał tam od dawna.
Wtedy rozległ się szmer. Nie taki, jaki wydaje kurz albo wilgoć. Kroki. Ciche, powolne, wyraźnie z drugiej strony kolejnych drzwi.
Wszyscy troje zastygli.
A po chwili na ścianie przed nimi przesunął się cień, który nie mógł należeć do żadnego z nich.